→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cardinano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cardinano. Pokaż wszystkie posty

13.01.2020

Od Cardinaniego do Khairtai „Rozbicie psychiczne i fizyczne”

Jęknąłem niepocieszony nagłą reakcją klaczy, która po swoim haniebnym czynie ważyła mi się rzucić dodatkowe groźne spojrzenie spod swoich długich oraz gęstych rzęs. Posłałem w jej stronę uśmiech, który miał zatuszować moje katusze przy prawie zmiażdżonych narządach wewnętrznych i dźwignąłem się na swoje cztery zmęczone ciągłym noszeniem ciężaru mojego ciała kończyny. Westchnąłem ciężko i przewróciłem oczyma, po czym stwierdziłem, że najwyższy czas wracać do swoich obowiązków. Wszystko potoczyłoby się po mojej myśli, gdyby owa świerzopa nie przypomniała sobie, że w pamięci najlepiej zakorzeniają się kopytni, którzy pozostawią po sobie złe wrażenie. Po chwili, w której otworzyła pysk, mógłbym przysiąc, że czego by się nie mówiło o samicach, potrafią być całkiem błyskotliwe. Jednakże często przejawia się też u nich nieuleczalne schorzenie zwane błyskotliwością inaczej, które powoduje nieodwracalne zmiany umysłowe ich otoczenia. Do tej drugiej grupy należała nasza urocza i bezbronna Khairtai. Czy jakieś większe szczęście może spotkać takiego śmiertelnika jak ja? Oczywiście, że nie. Podobno wszyscy przedstawiciele płci męskiej kochają być dręczeni przez niedostępne i ostre drapieżniczki, które wysysają z nich pozostałe siły życiowe. Świat, którego dotyczą te wszystkie porady o zdobywaniu miłości, jest taki zakręcony, ale z pewnością kogoś dotyczy. Być może nawet nie bezpośrednio, a jedynie dotyka jego fantazji.
-Masz jeszcze jakieś dziwne marzenia o wpadaniu na klacze czy ci wystarczy?-zapytała, wciąż mierząc mnie wzrokiem pełnym wyższości- Nie?
-Całość wydarzenia oceniłbym na dwie pilne wizyty lekarskie i pilną potrzebę zjawienia się u psychiatry, więc podziękuję- prychnąłem, udając jej zdegustowany ton.
-Więc co tu jeszcze robisz?
-Mam dla ciebie ważną wiadomość-otaksowałem ją wzrokiem.
<Kha? Wracam do formy>

19.07.2019

Od Cardinaniego do Risy „Słówko”

Ruszyłem żwawym krokiem za łaciatą klaczą, rzucając jej porozumiewawcze spojrzenie. Niedługo potem na próżno było szukać jakiegokolwiek kopytnego w okolicy prócz dwóch, zagubionych dusz. Idąc, dotarliśmy do tafli jeziora skutego wszechobecnym lodem niczym bezbronny więzień obezwładniony mackami własnych myśli. Pomimo tego wciąż śpiący pod nim „drapieżnik” zachowuje dumę większą od Risy. Ciekawe. Rozejrzałem się, szukając wzrokiem towarzyszki, która zdążyła zniknąć mi z pola widzenia. Wkrótce dostrzegłem ją spacerującą niewzruszenie po kruchej warstwie zamarzniętej wody, pod którą szalał niepokorny żywioł. Mogłem się tego spodziewać. Ryzyko to jej drugie imię, jeśli przypadkiem nie wyprzedza już pierwszego.
-Twoja miejscówka sugeruje, że bardzo chcesz zrobić mi ciekawe przedstawienie, jak wpadasz do tego jeziora- uśmiechnąłem się szarmancko, obserwując emocje na pysku klaczy.
-Bardzo śmieszne- fuknęła, kierując swe kroki w moim kierunku.
-Masz rację, pewnie się nie powstrzymam i zacznę parskać ze śmiechu jak to za dawnych, dobrych czasów obleśnego zboczucha. Urok przebywania z tobą- spojrzałem na nią z góry.
-Mówiłeś coś?-zmierzyła mnie wzrokiem- Założę się, że zanim mi się poplączą nogi, uschnie ci język-rzekła, wciąż starając się dotrzeć do brzegu. Nie zaprzeczyła, że zacznie się zabijać. Szykuje się niezłe przedstawienie.
-Cóż... -zacząłem, milknąc po chwili i tonąc w odmętach świdrującego spojrzenia klaczy, jakby szukając tam odpowiedzi na, to jaka kara mnie czeka za tę odpowiedź- Nie wydaje mi się, żebym musiał ci odpowiadać na to pytanie, jeśli słyszysz, jak się teraz produkuję przed tobą- posłałem jej tajemniczy uśmiech, dopełniający wypowiedź i zakrywający ogrom ciętych, niewypowiedzianych słów. Chwilę później łaciata przedstawicielka płci pięknej znalazła się u mojego boku z miną kota srającego na pustyni. Zajebiście.
-Nie jesteś zbyt inteligentny, skoro nie rozumiesz przekazu- stwierdziła, nie kryjąc przed światem, iż ma dość mojego towarzystwa. Z jakiegoś powodu jednak wciąż tu stoi. A może tylko zapuszcza korzenie, żeby pochwalić się ich długością w swoim gronie pierwszych lepszych znajomych?
-Chciałaś, żeby na tej „randce” było ciekawie- zaakcentowałem wyraźnie piąte ze słów -Teraz nie robisz nic w tym kierunku- prychnąłem, jednak widząc dziwne spojrzenie Risy, dodałem- No dobrze, rzucasz się tylko w sidła jakichś ludzi. Być może teraz chciałabyś się wykazać?
-Myślałam, że ten obowiązek spoczywa na barkach panów. W końcu są na tyle silni, by unieść „nasze kaprysy”, czyż nie?
-A żebyś wiedziała- westchnąłem ciężko- Ale chyba się już przeciążyłem- rzuciłem jej bezsilne spojrzenie, po chwili jednak unosząc wargi ku górze.
-Dziwnie się czuję, nie widząc was całujących się- okazało się, iż drogę zastąpiła nam znana mi z poprzedniej żenującej sytuacji postać. Virginia. Samotność to określenie względne. Zawsze ktoś się znajdzie-Cóż... może raczylibyście wrócić do domu? Riso, ktoś na ciebie czeka.
-Całe życie w pośpiechu- zdawała się mówić towarzyszka mojego spaceru, kiedy zaczęła się szybkim krokiem oddalać.
- A ciebie zapraszam na słówko- zwróciła się do mnie, zaciągając mnie w bardziej ustronne miejsce.
<Risa? Mówiłaś, że masz plan - daję ci pole do popisu>


9.07.2019

Od Cardinaniego do Naris „Szczęście w nieszczęściu- czyli plan na biznes i ptaszek większy niż własny”


Kolejna klaczka z burzą hormonów i mocną osobowością? To brzmi jak dobry materiał na założenie przedszkola dla trudnych, samobójczych źrebiąt. Szkoda, że dzieci tak szybko dorastają, bo Risa i Mivana też by się zaliczyły... Swoją drogą to też mógłby być sposób na biznes...
 Uśmiechnąłem się tajemniczo do latorośli. Skoro tak bardzo pragnęła się utopić, byleby nie opuściła jej własna duma... Zaraz, zaraz... czyżbym zapomniał o tym, że marzenia się nie spełniają?  Cóż... bywa malutka- przeżyjesz jeszcze dzisiejszy dzień.
 -Gdyby nie był całkowicie pewien, że marnie zginiesz, to nawet by do ciebie nie podchodził, bo chciałbym zauważyć, że jesteś jego przeszkodą w rozkoszowaniu się roślinnością- usłyszałem za sobą głos jakiegoś niezidentyfikowanego towarzysza- Jako pomocnik medyczki nie zamierzam jej  podkładać kłód pod nogi brakiem pomocy, zanim dojdzie do gorszych rzeczy. Pozwólcie, że będę uczestniczył w wydostawaniu jej z... tej wody- chwilę później było mi dane ujrzeć sylwetkę tajemniczego stworzenia, który okazał się  dość dużym błotniakiem stawowym, na pierwszy rzut oka budzącym grozę. Widać, że jakaś 'klacz' po kastracji zatęskniła za swoim  ptaszkiem, ale stwierdziła, że tamten był za mały, więc przygarnęła ptaszysko, które w dodatku lata nie tylko między nogami. Oh, to nie był chyba śmieszny żart.
 -Wy... Pedofile!- krzyknęła, krztusząc się i charcząc z powodu cieczy dostającej się jej do płuc. Pyskowanie nie było najlepszą z opcji do wyboru podczas topienia się. W końcu jednak opamiętała się i zaczęła rozpaczliwie machać kończynami i  w sumie ciężko było stwierdzić czy próbuje uratować swoje życie, czy nadszarpniętą dumę, a może i jedno i drugie. Ja (ku mojemu skonfundowaniu), musiałem zanurzyć się w jeziorze, przekonując samego siebie, iż przeżyję ten dzień, pomimo latania jak wariat za w dodatku nie moim źrebięciem. Podszedłem do klaczki, a zadanie 'pomocnika medyczki' polegało na uczestniczeniu w umiejscawianiu jej na moim grzbiecie i pomaganiu mi w tej czynności. Młoda  na szczęście bardzo szybko przestała się opierać, rozumiejąc niebezpieczeństwo sytuacji. Szkoda, że dopiero teraz. Heh, jedyna nić szczęścia w nieszczęściu. 
<Naris? No pokaż co tam planujesz>

19.06.2019

Od Cardinaniego do Risy „Jak za dawnych lat zabij kamienie”

-Czyżby?- zapytałem z tajemniczym uśmiechem, reagując tym samym na jej wcześniejszy, cieplejszy niż zwykle gest. Parsknąłem cicho. Przed nami malował się spokojny, mongolski krajobraz. Potężne, pełne wszelakich rys drzewa- jak gdyby zmarszczki pojawiały się na ich zmęczonych wybrykami życia korach. Owe rośliny posiadały również bujną czuprynę o rozmaitych odcieniach delikatnej żółci i żywej zieleni. W otoczeniu jednak najbardziej wyróżniały się pobłyskujące oczy Risy na tle uroczej karosrokatej głowy. Wyglądały niczym skradzione odważnemu dżentelmenowi i pięknej damie jednocześnie- dziwne, lecz iście dobre połączenie, prawie jak dwa pasujące do siebie elementy układanki.
-Wplątujesz mnie teraz w zaprzeczanie własnym słowom?- zapytała z wyrazem pyska godnym diabła wpędzającego konie do czeluści swych otchłani ku własnej satysfakcji.
-Może...-stwierdziłem, obrzucając dorosłą już pannę znaczącym spojrzeniem.
-Czyżbyś potrafił się wysławiać jedynie pojedynczymi wyrazami?-jej ton wyrwał mnie z dziwnego uczucia snu.
-Czyżbyś potrafiła zadawać jedynie pytania?- uśmiechnąłem się szarmancko.
-Myślisz, że nie znam innych form wypowiedzi? Mogę na przykład... przyłożyć ci w pysk jak za dawnych lat-wyszczerzyła zęby, wyglądając przy tym, jak niepokorna księżniczka, co sprawiło, iż przez moment nie mogłem oderwać od niej wzroku.
-Wolę, chyba żebyś przyłożyła kamieniom nad jeziorem, do którego się zaraz udamy... jeśli tylko się zgodzisz- liczyłem, że skubana będzie miała ochotę na mały spacerek. Jak za dawnych lat...
<Risa? :3> 

18.05.2019

Od Cardinaniego do Risy „Molestowanie pewnej klaczy za pomocą koziorożca”

-Pf... żałujesz mi lepszej trawy?- posłałem jej spojrzenie „urażonej latorośli”, lecz po chwili przybrałem poważny wyraz pyska-Skoro tak, to może ją trochę pognieciemy, innymi słowy przejdziemy się gdzieś?- miałem cichą nadzieję, iż Risa się zgodzi, ponieważ spacer z nią wydawał się kuszącą opcją.
Klacz jedynie mruknęła coś w odpowiedzi i powolnym krokiem ruszyła przed siebie; wkrótce posuwaliśmy się leniwo do przodu obok siebie. Nic nie mówiliśmy, lecz nie można powiedzieć, iż zwyczajnie cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Nie byliśmy typową dwójką koni. Miałem wrażenie, że Risa zaraz wypali z jakimś dziwnym tekstem i zabierze mnie do lasu na romantyczne zjadanie przez wilki.
-Uh... widzę, że znudziło ci się uprzykrzanie mi życia- odrzekła z przekąsem.
-Czy powiedziałem coś takiego?-tym razem rzuciłem jej odrobinę szarmanckie spojrzenie. Uh, ogarnij się Carni. To zwyczajna... nastolatka. Jej nie musisz gwałcić.
-Nie wiem, ale zastanawiam się, czemu ja cokolwiek mówiłam.
-Może chciałaś przekazać mi niekoniecznie miłą informację?
-Głupek- odrzekła, a na jej pysku pojawiło się coś w rodzaju cienia uśmiechu. Mogłem jednak tylko pomarzyć o cieple takiego gestu- przynajmniej w obecnej relacji z tą klaczą. Oczywiste jest, iż był sarkastyczny... Heh, któż powiedział, że dane nam jest gruchać do siebie jak dwóm gołąbkom?
-I któż to mówi?-zatopiłem się w głębi jej uroczych oczu i uniosłem kąciki warg. Nasze dokazywanie przerwał jednak młody koziorożec, który biegnąc, uderzył mój zad. W konsekwencji zaskoczony przechyliłem się do przodu, tracąc równowagę. Udało mi się utrzymać na nogach, lecz podczas tej walki o to, żeby nie złapać zająca, przez parę sekund moje wargi zetknęły się z wargami Risy. Odskoczyłem zarumieniony. Po chwili usłyszałem głośne wiwaty i kiedy się rozejrzałem, zorientowałem się, iż przyglądało się nam pół klanu. Już chciałem upomnieć skocznego malca, lecz kiedy spojrzałem się za siebie, zwierzęcia nie było.
-Świetnie- pomyślałem, kiedy podeszła do nas Virginia. Przedstawienie- i to takie, do którego potrzeba jedynie dwóch koni. Przydałoby się jednak by wszyscy występujący w nim kopytni byli dorośli...
<Risa? Hah, jaki mam ubaw z Karnego- taka sierotka xD>

16.05.2019

Od Cardinaniego do Miriady „Psychoaktywne ziółka i intrygi to prawie to samo”

-Czy to możliwe...- rozpocząłem swą wypowiedź, choć właściwie nie do końca byłem pewny, co chcę przekazać. Mnóstwo chaotycznych myśli i urywków wspomnień mieszało się w mojej głowie. Stałem sztywno w ciężkim szoku. Nagle w mojej głowie pojawiła się sylwetka brutalnej oraz sadystycznej nauczycielki, w której sprawie ostatnio wstrzymaliśmy śledztwo i bez wcześniejszego zastanowienia dodałem-... że to jakiś ślad od Kasji?
Klacz najpierw spojrzała na mnie jak na kosmitę, lecz powoli jej zdziwiony wyraz pyska zaczął się zmieniać na bardziej skupiony, aby dojść w końcu do neutralnego. Wyglądała, jakby chciała odrzec „To ma sens”, ale niestety żaden dźwięk nie wydostał się z jej środka. Za to obróciła się w kierunku tajemniczego drzewa i zaczęła mu się intensywnie przyglądać. Niepewny co mam dalej robić, czekałem na bardziej konkretną reakcję z jej strony. Cóż, opłacało się, ponieważ wylała na mnie kubeł zimnej wody i odrobinę ostudziła moje doszukiwanie się winy w morderczyni.
-Być może -odrzekła tajemniczo, lecz rozwinęła swą myśl po chwili milczenia- Ale może to też być głupi, prymitywny i bardzo dziecinny żart jakiegoś innego pomysłowego konia. Jednego jestem pewna, a mianowicie — istnieją bardzo nikłe szanse, iż to po prostu wybryk natury. Inaczej mówiąc, jestem na praktycznie tysiąc procent pewna, że... to musiał zrobić jakiś kopytny- obrzuciła roślinę krytycznym wzrokiem.
-Muszę przyznać, że wciągnąłem się w tę... intrygę, jeśli można to tak nazwać. Nawet jeśli roznosi się zwyczajnie o jakieś imię. Moje imię...- spojrzałem na nią, nie kryjąc podziwu, co do jej wcześniejszej kwestii. Hah, nie bez powodu była w naszym dochodzeniu, no i też nie bez powodu spotkała mnie. W końcu tak światło myślące klacze powinny spotykać tak świetnych ogierów. Oh, ostatnio stałem się zbyt skromny...
-Idziemy dalej?- zapytała- Na razie nie ma potrzeby roztrząsania tego jeszcze bardziej. Będziemy oczekiwać na jakieś znaki.
-Bez znaków i na ciebie bym nie natrafił. Pytanie, czy chodzi ci o znaki dane nam od intuicji, czy może kolejne wskazówki na drzewach?- uśmiechnąłem się szarmancko.
Miriada jednak jedynie pokręciła głową, a przez chwilę nawet z uśmiechem i... kolejny raz dzisiaj natrafiłem na jej hipnotyzujące spojrzenie pełne dziwnej mieszanki najrozmaitszych emocji.
~~*~~
-Spójrz- odrzekłem podczas kolejnego spaceru z niezwykłą towarzyszką. Tym razem na tym samej roślinie było wykute jej imię. Również dość świeże. Czyżby ktoś nas chciał zeswatać? Ah, to niedorzeczne. Carni, powiedz szczerze... Nie żal ci twojej inteligencji, która niebezpiecznie się obniża przez takie durne rozmyślania?
-Widzę- odparła i choć bardzo starałem się odczytać jej emocje w tym momencie, to średnio mi to wychodziło. Pierwszy raz była tak bardzo nieodgadniona... W sumie nie tylko ona. Zagadka z imieniem wciąż pozostawała tajemnicą... Heh, wplątywanie się w takie intrygi mogłoby znaleźć się na liście rzeczy, które bardziej mieszają w głowie niż... dobre zioła. Choć czy mam prawo się wypowiadać skoro tylko raz próbowałem jednego i drugiego?
<Miri? To nie jest złe, to po prostu było pisane o ciekawej godzinie xD>

11.05.2019

Od Cardinaniego do Miriady „Bardzo zły... wariat”


-Dziękuję- coś kazało mi myśleć, że jej wypowiedź była wypełniona jedynie ciepłem. Poczułem jak policzki, płoną mi żywym ogniem- nikt nigdy wcześniej nie okazywał mi wdzięczności i poczułem się przez chwilę niczym bezużyteczny śmieć, który nikomu nie pomaga. Po chwili doszedłem do wniosku, że nigdy nie miałem okazji być wielkim bohaterem ani nawet małym. Moje życie nie dostarczało mi tylu wyznań co w starych opowieściach o superbohaterach- koni latających z pelerynami i robiących ogromne show. Pomyślałem jednak też, że... to była nasza wspólna praca. Ja również powinien pokazać chęć odwdzięczenia się jej za pomoc- choćby miłym słowem. Nie potrafiłem jednak niczego powiedzieć i po raz pierwszy w ciągu paru lat ujawniła się moja nieśmiałość. Cholernie niezręczne uczucie czy tam stan... Gdyby tylko odchodziło tak szybko, jak zaczyna zjadać osobnika od środka... Pragnąłem powiedzieć cokolwiek. Z mojego pyska wydostał się tylko nieartykułowany pisk. Pewnie uszedłem już za całkowitego wariata, ale gdyby się głębiej zastanowić... to czy przypadkiem nim nie jestem? Do stwierdzenia zaobserwowanie tego, jakie scenki odstawiałem przed w sumie dobrze znaną mi klaczą. Dobrze znaną... to mnie najbardziej niepokoiło. Byłoby zrozumiałe, gdybym stresował się przed kimś nowym... lecz przed kimś, kogo traktowałem jako przyjaciela? Albo raczej przyjaciółkę. Oh, Carni ogarnij się. W końcu westchnąłem i odrobinę zawstydzony wykrztusiłem.
- Ja tobie też- spojrzałem w jej oczy, jak gdyby patrzenie w nie miało być moim ratunkiem. Wyglądały, jakby składały się z miliona drobnych szkiełek- a każde żyłoby swoim własnym życiem i posiadałoby swój własny unikalny odcień. Wszystko to zwieńczone kruczoczarnymi rzęsami. Klacz cofnęła się niepewnie i wyglądała na dość speszoną.
-Chodźmy już- odrzekła, a ja poczułem się jak odrzucone zwierzątko i debil jednocześnie. Do końca nie wiedziałem skąd u mnie takie uczucia, ... ale były. Czyżbym znów był jednym z tych ogierów nieustannie klejących się do klaczy? Jeśli tak- to coś bardzo rzuciło się na mój umysł. I to coś bardzo złego...
<Miri :3?> 

22.04.2019

Od Cardinaniego do Khairtai „Mam swoich dilerów”

-To nie ujdzie wam płazem! Zemszczę się! - te słowa wypowiedziane podniesionym tonem przez klacz sprawiły, iż zrobiło mi się jej cholernie żal. Zadrżałem. Musiała ponieść aż taką karę za jeden, jedyny życiowy błąd. Widziałem to jednak na własne oczy. To- jak krew Cherry lała się po zimnym puchu. Szaleństwo w oczach Khairtai oraz jej chorą satysfakcję. Nikt jednak nie wiedział, iż przechodziłem niedaleko. Nikt nie miał prawa wiedzieć. To była tak spokojna staruszka... O takim samym prawie do życia jak prawie każda... Jednak czułem, iż nie było mi żal tej ofiary wszechobecnej śmierci. W duchu nienawidziłem siebie za to, że tak spokojnie stałem i patrzyłem na to, jak się wykańczała , pomimo tego, iż nie mogłem zrobić nic mądrego. Trafiłem po prostu w zły moment. Cherry była już prawie martwa, a furia stojącej nad nią klaczy nieskończona. Musiałem jednak zabrać się do tej szemranej roboty. Uniosłem swoje przednie kopyta do góry i na oczach jedynie władcy klanu, zacząłem wykonywać swoje zadanie- pomimo początkowych odruchów wymiotnych.
-Dlaczego to robisz?- wykrzyknęła, niemal płacząc. Właśnie- dlaczego to robiłem? Przecież mym zadaniem nie było gwałcenie niewinnych klaczy. Zaraz jednak poprawiłem się w myślach na "winnych". Chociaż...- czy to mnie usprawiedliwiało?
-A jeśli powiem ci, że to moje hobby?- zdobyłem się na sarkastyczną odpowiedź w obliczu tej jakże dziwnej dla mnie sytuacji. Kiedy jednak odpowiedziała milczeniem, dodałem- Spokojnie, załatwię ci ładną błonę dziewiczą. Mam swoich dilerów-jednocześnie czułem furię na wszystkich wokół i przydzielone mi zadanie, a z drugiej pożądanie. Usłyszałem pod płachtą cichy płacz i wiedziałem, że nie jest kolorowo. A to dopiero był początek... Czułem, jak cała klacz drżała.
-Tak, ja też nigdy w życiu nie przypuszczałem, że tak będzie wyglądał mój pierwszy w życiu stosunek- szepnąłem do niej, czując na sobie czujny wzrok Shiregta. Wiedziałem, że nie mogłem zrobić niczego głupiego. Czułem się w tym momencie jak robot, który bezmyślnie wykonuje polecenia.
-Dlaczego więc mi to robisz?- zadała mi to pytanie ponownie — tyle, iż tym razem ściszonym głosem.
-Wiesz, że zadawanie mi tego pytania nie ma sensu, ale i tak to robisz...- westchnąłem- Jestem tak samo zagubioną owcą, jak ty w tym wszystkim- odparłem, po czym zacząłem lizać jej szyję.
-Czemu nie przestaniesz?
-A czemu ty po prostu nie uciekniesz?- zapytałem jej, aby uświadomić jej, że to nie jest takie proste.
Na tym skończyła się nasza rozmowa, nie chciałem, aby władca pomyślał, iż przyjaźnię się z ofiarą lub coś knujemy. Cóż...to szeptanie było odrobinę podejrzane. Nawet więcej niż odrobinę...
Poczułem jak moje serce, prawie wyskakuje z piersi. Powoli czułem się zmęczony i nie zamierzałem tego ukrywać-licząc, że Shiregt to zauważy. To uczucie, kiedy nie wiesz, co masz czuć i masz dość wszystkiego- tak właśnie ono bardzo dzisiaj mnie polubiło...
<Kha? Pamiętaj, nie martw się- Karny ma swoich dilerów XD>

14.04.2019

Od Cardinaniego do Risy „Punkt do pyskowania”

 -A kim ty jesteś, żeby mnie pouczać?-zapytała mała klaczka, która upodobała sobie mnie jako punkt do pyskowania.
-Na pewno nie- pyskatą klaczką- odpowiedziałem, po czym podarowałem tej latorośli rozbawione spojrzenie, ponieważ zauważyłem grymas na jej pysku. Młoda szukała atencji, ale coś słabo jej to wychodziło.
-Pff- fuknęła, gorączkowo zastanawiając się nad lepszą wypowiedzią-To znaczy kim?
-Ogierem- odrzekłem jeszcze bardziej rozbawiony tą rozmową. W sumie nie tak źle czasem poczuć swoją wyższość nad jakąś nastolatką.
-A może przedstawiłbyś się?
-Damy mają pierwszeństwo- powiedziałem, mając wrażenie, iż klaczka ma ochotę mi przyjebać. Pewnie na jej miejscu już dawno bym to zrobił.
-Risa- uniosła dumnie głowę, po czym wypaliła- Skoro tak bardzo chcesz poznać moją godność, dupku.
-Du... co?- drażniłem się z nią- Ah, no tak ty jeszcze nie wiesz, jak się do mnie zwracać, młoda. A więc jestem Cardinano.
- Super- odrzekła, po czym wystawiła do mnie język.
-Odważne zagranie- oceniłem.
-A jakie ma być?
-Przydałoby się uprzejme- westchnąłem- Ta młodzież...- przewróciłem oczyma, ciesząc się w duchu, iż podniecam złość Risy. Heh- szczeniackie przegadywanki, ale pomimo tego całkiem przyjemne. Przyznam, iż z drobnym dreszczykiem emocji czekałem na wypowiedź klaczki. Coś czułem, iż ją całkiem polubiłem. Ma charakterek.
<Risa? Hahah, podoba mi się ta seria. Huh, przez chwilę zobaczyłam ich jako słodką parę młodą. Cóż... może ten (co z tego, że Karny w tym przypadku odrobinę jest pedofilem) plan się spełni *)>

9.04.2019

Od Cardinaniego do Miriady „Akcja ratunkowa”

Kiedy zobaczyłem płynącą, a właściwie... topiącą się klacz- moje mięśnie się napięły. Już szykowałem się na wydobycie z siebie jakiegoś pokrzepiającego krzyku, lecz głos ugrzązł mi w gardle. Szczerze mówiąc- po chwili poczułem coś w rodzaju adrenaliny. Uh... dalej siebie za to nienawidzę. Czemu ekscytacja pojawia się w najgorszych momentach? Nagle zorientowałem się, iż muszę szybko coś wymyślić- a tym „czymś” był dokładnie plan na wydostanie Miriady z tego strumienia. Inaczej- cóż...
-'Pieprzona skarpa. Musiała się osunąć w tak cholernie złym momencie'- pomyślałem i przystąpiłem do działania. Wziąłem do pyska pierwszy lepszy patyk (ważne, iż długi oraz mocny), który zauważyłem przy brzegu. Skupiony na klaczy nachyliłem się i szykując się do podania jej go... również wpadłem z pluskiem do wody. Teraz najbardziej rozsądnym planem było pomaganie klaczy odpychać na bok bryły z roztopów i to właśnie zrobiłem w miarę możliwości, chociaż jakby to powiedzieć... marnie nam szło. W pewnym momencie ujrzałem, że moja towarzyszka powoli mdleje. Z wysiłkiem wystawiłem głowę jeszcze bardziej ponad wodę i wziąłem duży haust powietrza, po czym wykrzyknąłem zachrypniętym głosem.
-Trzymaj się- po czym zauważając wielki kawał skarpy płynącej w naszym kierunku, odrzekłem- Dasz radę na nią wejść?
Klacz nic nie odpowiadając, jakimś cudem zebrała siły i wskoczyła na ten kawał ziemi. Na to zaczął opadać na dno, lecz moja towarzyszka wystarczająco szybko zareagowała- udało jej się odbić od niego i wyskoczyć na brzeg. Może jednak jedynie wydawało mi się, iż jest zmęczona. Co ja pierdolę, na pewno... Inaczej nie udałoby się jej zrobić takiego manewru. Może po prostu... jestem zbyt opiekuńczy?
<Miri? Słodki pan w opałach XD>

6.03.2019

Od Cardinaniego do Miriady „Spotkanie po... wieczności”


Zauważyłem w promieniu kilkunastu kroków starą, bułaną towarzyszkę. Przez mój umysł z prędkością światła przepłynęły nagle te wszystkie obrazy z bardziej i mniej interesujących chwil spędzonych właśnie z nią. Poczułem szybsze bicie serca, na wspomnienie tego wszystkiego. Tej klaczy i przygód z nią po prostu nie da się zapomnieć. Niby nie było ich wiele i jakby tak na nie spojrzeć to nie prowadziliśmy zbyt ciekawej konserwacji, ale... Przebiegł przeze mnie ciepły dreszczyk i zdecydowałem się do niej podejść.
-Witaj-zacząłem pewnie-Szukasz kogoś na przyczepkę w wędrówce?
-A czemu...-widać, że chciała powiedzieć coś innego niż to, co w końcu dodała- ... by nie.
-Flegmatyczka- szepnąłem, uśmiechając się zadziornie.
-Przecież się zgodziłam- powiedziała miękko, z zaledwie lekko wyczuwalną nutą wyrzutu.
- Ale to, w jaki sposób to zrobiłaś- mruknąłem Dobra, nie będę naciskał. Leśna cisza najlepiej nam zrobi-wiedziałem, że moja towarzyszka nie jest zbyt rozmowna. Szliśmy więc cicho, co rusz rozglądając się i na swój sposób miało to jakiś urok. Co jakiś czas było słychać w tle jakieś ćwierkanie czy nieliczne strumyki, w których wciąż pływały średniej wielkości kawałki lodu.
-Kwiaty podlizują się słońcu- stwierdziłem, gdy mijaliśmy kwiecistą alejkę, wdychając słodki zapach tych roślin.
-Najwyraźniej- odpowiedziała mi zdawkowo, lecz otrzymałem od niej lekki uśmiech. Przynajmniej tyle zaangażowania w gadkę.
-Mam wrażenie, jakby minęła cała wieczność od naszego ostatniego spotkania, ale mam też wrażenie, iż warto było czekać...
<Miri? Nowa seria>

4.03.2019

Od Cardinaniego do Angel „W środku mnie (...)”

-J-jasne-zająknąłem się, niepewny tego, co mam dalej robić. Przeszliśmy do powolnego kłusa. Wiatr bawił się naszymi grzywami, układając je w rozmaite wzorki, a zaczerwienione słońce chyliło się ku zachodowi. Pierwsze ptaki też nie chciały ominąć tego momentu i postanowiły w dodatku zaśpiewać słodkie melodie wniebogłosy. Czułem fale ciepła nadpływające od ciała klaczy. Ona bawiła się świetnie, a przynajmniej wyglądała na zadowoloną. Na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, iż urocza para, jednak bardziej spostrzegawczy zauważyliby, że coś w tej układance nie pasowało. Mianowicie to byłem ja... No może nie dosłownie, ale czułem, iż sprawy poszły za daleko. Pewnie trochę przesadziłem z wcześniejszym zdaniem, lecz w sumie byłem miły, tylko by nie zranić, uczuć mojej towarzyszki. Bałem się, co może wyniknąć z takiej znajomości i do czego mnie to doprowadzi. Kątem oka spojrzałem na Angel. Urok bardziej rozpieszczał tę istotę niż hańbił. Co tu dużo mówić, jej wygląd na pewno ma w sobie to "coś"... Jak jednak powszechnie wiadomo (lub nie) ja nie potrafiłem poczuć czegoś więcej niż "jest fajna", oceniając go po aparycji i paru nie wiele znaczących zdaniach. Martwiłem się jednak, że klacz zaczyna wchodzić już na strefę przeze mnie zamkniętą, skrytą gdzieś w środku mnie...
-Heh... miłości od pierwszego wejrzenia i tak nie mają chyba długiej dat ważności, czyż nie?- zapytałem siebie w myślach, próbując sobie dodać otuchy.
Zobrazowałem sobie w myślach siebie. Czy w ogóle była szansa na to, że Angel coś do mnie poczuła? Czy ja byłem w ogóle atrakcyjny? Z tego ciągu pytań wyrwał mnie jej głos i w duchu dziękowałem jej za uwolnienie mnie od tych natrętnych myśli.
-Cel jest coraz bliżej- przesłała mi olśniewający uśmiech, co mnie na parę sekund zdezorientowało.
-Sugerujesz, iż mam tak słabą orientację w terenie, że tego nie wiem?-uniosłem kąciki warg.
-Może...-zaczęła się ze mną drażnić.
-Może to dojdziemy nad morze. A to jest raczej... mało prawdopodobne- powiedziałem głosem, który wyszedł, jakbym był w tym momencie odrobinę rozmarzony.
-Kiedyś wszystko było niemożliwe- zadumała się.
- I teraz jest prawie wszystko- uzupełniłem z uśmiechem.
-Oj tam, czepiasz się szczegółów- popatrzyła na mnie z wyrzutem.
-Wiem- odpowiedziałem, po czym między nami znowu zapadła cisza.
<Angel?>

1.01.2019

Od Cardinaniego do Mivany(i Miriady) „Metoda mordu”


Zauważyłem na horyzoncie Mivanę, która energicznym krokiem poruszała się w naszym kierunku. Naszym, czyli moim i mojej bułanej towarzyszce -Miriadzie. Jeleniowata klacz, którą od nas dzieliło już tylko paręnaście kroków, wydawała się trochę roztrzęsiona, ale nie dawała tak bardzo tego po sobie poznać. W końcu dotarła do nas z tajemniczym uśmiechem na pysku.
-Zamierzam...zamordować sprawczynię- powiedziała z dumą.
-Skąd taki plan?- zainteresowałem się nagłą myślą Mivany.
-Jak to skąd?- prychnęła- Nie pamiętasz kto, kręcił się przy mojej matce ostatnio z mieczykiem?
Miriada odchrząknęła.
-Wybaczcie, że wam przerywam... Twój plan Mivano... nie powinnaś go trochę dopracować, zanim przychodzisz do nas z takim pomysłem?
-Właśnie po to tu przyszłam. By go dopracować- odpowiedziała jej.
-Eh...- kaszlnąłem — Myślę, że najpierw powinniśmy się zastanowić czy w ogóle chcemy w taki sposób uprzykrzyć życie Kasji. Lub w ogóle w jaki. Myślę, że są boleśniejsze kary niż na przykład sztylet.
-To chyba wiemy- odparła bułana.- Chociaż nie powiem, że to zła uwaga.
-A więc?- zapytałem- Co o tym myślisz Mivana?
-A co miałabym myśleć?- odpowiedziała mi chłodno.
-Wolisz spalić ją na stosie czy zdeptać otulona leśną ciszą?- spytałem, uśmiechając się figlarnie.Czekając na jej odpowiedź, rozejrzałem się, podziwiając smutno ugięte drzewa.
<Miv?, Miri?>

2.12.2018

Od Cardinaniego „Zabójczy taniec. Powrót zabójczej duszy.”

Lekko zarżałem, truchtając w kierunku mojego ulubionego zakątka w małym lasku. W końcu przyspieszyłem, ciesząc się chwilą spokoju i wolnością. W pewnym momencie wędrówki uniosłem tylne nogi w górę, a po pięknym baranku stanąłem dęba. Całość przedstawienia zakończyłem wytarzaniem się w jeszcze mokrej od rosy trawie. Już miałem wstać, otrzepać się i iść dalej, gdy moje otoczenie stało się jakby bardziej zamglone. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do stanu rzeczy, ujrzałem wychudzonego konia, który był otoczony grubym płaszczem z mgły. Całe jego wdzianko ociekało krwią, kiedy chodził, zostawiał czerwone plamy na ziemi. Jego oczy, także w kolorze ostrzegawczym błyszczały niczym posypane brokatem, co nie mogło dać spokoju mojej duszy. Unosił wysoko łeb, zapewniając tym samym otoczenie, iż czuje ogromną dumę. Nagle wydał z siebie przeraźliwy pisk -dźwięk, którego nigdy wcześniej w życiu nie słyszałem. Gdybym miał go do czegoś porównać,to byłby to głos kruka, zmieszany z odgłosem turkoczącej maszyny i jękiem umierającego konia. Po chwili okazało się, że ma też towarzysza, a raczej towarzyszkę, klacz będącą małym białym kucykiem i sądząc po brzuchu- w zaawansowanej ciąży. Wlokła się za nim niechętnie, lecz w jej oczach nie było nici strachu, a bardziej- ogromne zmęczenie. Kiedy znalazła się już obok tego konia, którego nawet ciężko nazywać zwykłym ogierem, ten wbił jej bez wahania strzałę z połyskującą końcówką prosto w brzuch. Matka zdawała się obojętna na ból i na to, że jej źrebak mógł przez ten cios zostać poważnie ranny, albo nawet umrzeć. On po prostu wyjął strzałą martwe, wątłe ciałko potomka siwuski i otworzył pysk, kładąc je na swoim języku, niemal identycznym jak u węża. Różnią się tylko wielkością i kolorem, u tamtego ogiera był wielki i przeraźliwie fioletowy. Oczywiście po tej czynności zjadł go z okropnym mlaskiem. Wzdrygnąłem się i miałem odwracać łeb, nie powoli wytrzymywałem psychicznie tych widoków, gdy nagle zobaczyłem kolejkę koni czekającą na podobny los. Następny miał być mały ogierek... do złudzenia przypominający mojego brata. Nie, to nie może być on. Rzuciłem się na mordercę, jednak się przeliczyłem, tak szybko, jak to zrobiłem, tak szybko zostałem zrównany z ziemią. Ogier zakręcił się wokół własnej osi w powietrzu, trzymając biednego źrebaka. Wyglądał, jakby tańczył, w dodatku całkiem nieźle. Podniósł przednią nogę do góry i... runął jak długi na ziemię. Mój brat nie czekając na śmierć, uwolnił się z jego pyska i uciekł. Wściekłemu zabójcy nie wiele trzeba, żeby się na kimś zemścić, więc ja także nie czekałem, aż wybierze do tego celu właśnie mnie. Odechciało mi się iść już do lasu, więc pewnie udałem się do stada.

12.11.2018

Od Cardinaniego do Olimpii „Ostatnia nadzieja”

-Jeszcze mój zmysł orientacji nie jest tak nieporadny- odrzekłem uspokajająco na jednym tchu i zupełnie bez uśmiechu, co było do mnie dość niepodobne.
-Ta- pokręciła głową, a wyraz jej pyska dalej wyrażał niepewność — Gdzie więc idziemy?-zapytała z uzasadnionym stresem i odrobiną niecierpliwości.
-Pragnę najpierw w ogóle gdzieś zmierzać niż tu bezczynnie stać-machnąłem głową, zaczynając zmierzać przed siebie jakąś krętą ścieżką- Idziesz czy nie?
Klacz nie udzielając mi odpowiedzi, po prostu ruszyła w ślad za mną. Ze spokojnego stępa w niektórych momentach przechodziliśmy do żwawego kłusa. Gdy przed nami wyłoniło się średniej wielkości ściernisko, pokonaliśmy je cwałem. W końcu napajając się prędkością, trafiliśmy na długą ścieżkę. Początkowo z zapałem galopowaliśmy po niej, z czasem przeszliśmy do wolniejszego chodu. Trochę tracąc poczucie czasu, skręciłem w boczną ścieżynę. Dopiero potem dostrzegłem słońce chylące się ku ziemi. W tym czasie przebiegaliśmy już przez mały kawałek wody. Po napotkaniu przez nas kolejnej drogi Olimpia zadeklarowała, że powinniśmy odpocząć. Ja jednak miałem dziwne wrażenie, że od stada dzieli nas naprawdę niewiele. Pokręciłem głową na jej słowa i uparcie szedłem przed siebie. W końcu w całkowitej ciemności znalazłem łączkę, która prowadziła do jakichś koni. Już miałem przeklinać w duchu, że muszę jeszcze iść po towarzyszkę, ale nagle jej sylwetka wyłoniła się z ciemności, okazało się, że przez cały czas mnie śledziła, co przyznała z jej słodkim uśmieszkiem.
-Jestem prawie pewny, że widzisz te zwierzęta- rozpocząłem i zrobiłem w tym miejscu krótką pauzę- Planuję do nich podejść choćby miały mnie zalać torturami, gdyby okazały się innymi końmi niż dobrze znany nam klan „Mroźnej duszy”. Proponuję ci tu poczekać i w razie czego działać. Kiedy okaże się, że to te konie, do których zmierza ta „piechota” wrócę po ciebie.
<Olimpia?>

26.10.2018

Od Cardinaniego do Salkhi „Piosenka, która nadaje wariactwie sensu”

— "Clemmy? Gorzej się nie dało?", "Cardinano jakie okropne"... Możemy darować sobie kłótni tego typu?- zapytałem ogiera.
-Czyli się poddajesz?-wyszczerzył się radośnie.
-W czym? W załatwianiu na dobrą sprawę NICZEGO, w dodatku kłótnią? Szkoda mojego zdrowia na dalszą zabawę z tobą- pokręciłem łbem, odchodząc z bezsilnym uśmiechem.
-Już widać czyja jest Salkhi- zakręcił się wokół klaczy.
-Salkhi, o której mówisz, nie istnieje. Prawdziwa kasztanka jest wolnym mieszkańcem tego stada i de facto nie należy do nikogo. Jak ja, czy ty — wziąłem głęboki oddech- Zapamiętaj to sobie na zawsze.
-Nie zamierzam żyć według twoich marnych słów!-ryknął.
-Zostawiam was samych- zniknąłem za rogiem z tajemniczym wyrazem pyska- W sumie nie każę wam tutaj stać, a chyba najlepszą opcją będzie się rozejść- dodałem tak, by towarzystwo usłyszało moje słowa.
Za sobą usłyszałem tylko jakieś gniewne głosy, po czym ciche kroki, bardzo możliwe, że już mieli siebie serdecznie dość. Przynajmniej jedna ze stron tej drugiej, a jaka mogłem się tylko domyślać, chociaż według mojego obrazu tych dwojgu wydarzyła się wiadoma sytuacja. To zmęczona klacz... no cóż, spławiła tego palanta, który był zresztą dość śmieszny, patrząc z trochę innego punktu widzenia na sytuację. Położyłem się na zimnym śniegu, pogrążony w rozmyślaniach, zbyt zajęty by czuć minusową temperaturę. Co jakiś czas tylko skubałem małe korzonki mieszczące się przy moim pysku ze względu na to, że byłem głodny i po części też mi się wtedy lepiej myślało. Zacząłem sobie podśpiewywać pod nosem nic nieznaczące słowa i nagle milion odtworzeń spotkania nabrało głębszego sensu. Nic nie rozumiałem z układanego na bieżąco przez mój mózg tekstu i to właśnie uczucie lub przynajmniej podobne tkwiło w sercu Salkhi, gdy nas słuchała. Chciałem ją jakoś przeprosić, lecz po wielu próbach wymyślenia czegoś sensownego, stwierdziłem, że się ośmieszę. Jednakże następnego dnia poszedłem, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać. O ironio akurat teraz nigdzie nie było klaczy, wcześniej co chwilę rzucała mi się w oczy.
-Gdzie ona się podziała?-zapytałem siebie w myślach.
<Sal?>

28.09.2018

Od Cardinaniego do Salkhi „Wariat”


- A ja wiem? Nie tylko dla ciebie ta sytuacja jest absurdalna. Prawdę mówiąc, czuję się jak taka zagubiona owieczka- uśmiechnąłem się lekko do klaczy- W każdym razie musimy coś zrobić z tym fantem- wskazałem głową na niemalże takiego samego ogiera jak ja. Jego podobieństwo do mnie tylko w wyglądzie oczywiście...
- Cześć...- ogier nieśmiało zaczął rozmowę, lecz chwilę potem to uczucie go najwyraźniej opuściło, mówił dużo śmielej i pewniej siebie. Aż za bardzo pewniej siebie- Ty... ślicznotko. Myślę, że spławisz tego bezsensownego nudziarza- wiedziałem, że chodzi mu o mnie- Ah... widzę cię pierwszy raz, a już wiem, że cię kocham. Daj mi szansę, poznajmy się!- Salkhi spojrzała na niego z politowaniem. Chyba tego nie zauważył, gdyż dalej rozemocjonowany ciągnął przemowę- No chodź gdzieś... Ze mną zobaczysz, że będzie super zaje**ście!
-Jeszcze tylko róży w pysku mu brakuje- zaśmiałem się cicho, tak by delikwent tego nie usłyszał, to były słowa bardziej skierowane do klaczy.
-Zobaczysz, jeszcze ją dotarga- odezwała się kasztanka, dalej trochę zażenowana tym wszystkim.
-Hola, hola. Ty się przypadkiem nie zagalopowałeś?- zapytała mojego pobobieńca.
-No właśnie- powiedział, jakby kwestia była skierowana do mnie. Stanąłem na kruchej warstwie lodu i gdy zaczął się kruszyć, odskoczyłem, pozostawiając na środku dziurę.
-Zawsze mamy na ciebie sposób- z obojętnym wyrazem pyska ustawiłem się obok niego.
<Sal?>

23.09.2018

Od Cardinaniego do Mivany (i Miriady) „Złapana na gorącym uczynku?”


Obserwowałem rozmowę klaczy, patrząc pustym wzrokiem to na jedną, to na drugą. Przełknąłem ślinę. Nowe wieści Mivany były dość skomplikowane, ale w sumie nie aż tak istotne, gdyż nie wiele z nich wynikało, z tych informacji nie mogliśmy stwierdzić, że Kasja jest winna pożarowi.
-Musimy znaleźć więcej dowodów, ale na razie dobry początek- skomentowałem z uśmiechem.
-Ta...-mruknęła jeleniowata- Ale uważam, że powinniśmy szpiegować głównie Kasję. Skoro już mamy do tego podstawy- rzuciła argument — A ty co o tym myślisz, Miriada?
-Nie mam zdania- odpowiedziała jej.
-A więc co robimy? Szukamy dalej?- zapytała pomysłodawczyni.
-Raczej już nic nie wniesiemy do tematu tą rozmową- odrzekłem, oddalając się i zupełnie nie zawracając sobie głowy tym, że klacze jeszcze omawiały jakąś kwestię między sobą. Po chwili i one się rozeszły. Powoli stawiałem nogi w śniegu i cieszyłem się przyjemnym ochłodzeniem mięśni. Po jakimś czasie podnoszenie wysoko kończyn stało się jednak dość męczące. Z trudem przemierzałem każdy kolejny fragment drogi do stada. W końcu w ponad połowie trasy zatrzymałem się, dysząc. Nagle spiąłem mięśnie, słysząc jakiś pisk. Rozejrzałem się niepewnie, a mój wzrok był na wpół sparaliżowany strachem, a na wpół czujny. Za dużo zagadek i niewiadomych w tej sytuacji, by próbować wywnioskować co się dzieje bez większej ilości informacji. Mój instynkt kazał uciekać, a ciekawość pragnęłaby, poszedł, sprawdzić co się dzieje. Znajdując jakąś ścieżkę, w której kopyto co chwilę się nie zapadało, pobiegłem ślepo przed siebie, nie wiedząc co, do końca robię. Piski były coraz to głośniejsze. Moim oczom ukazał się ledwo żywy źrebak w plamie krwi. Nad nim pochylała się znana mi ze śledztwa klacz o imieniu Kasja...
<Miv? Miri?>

3.09.2018

Od Cardinaniego „Ostatki (Naadam)”

Posmak minionej wiosny... Nie chcę go pamiętać, lecz jeden koń sprawia, że nie mogę przestać o nim myśleć. Nie pragnę wspominać tego, co na to nie zasługuje, ale wciąż zastanawiam się, dlaczego los ukarał mnie taką rodziną. A o jej jedynym mądrym członku wiem tyle, co nic. Tak ja też jestem głupi. Tak jak moja matka, mój ojciec. Jestem flirciarski, nieprzewidywalny, przebiegły..., ale niemądry. Ah mój brat... Co z tego, że pamiętam,ile lat minęło, odkąd się urodził, skoro nie mam zielonego pojęcia czy w ogóle żyje? Dlaczego wyrzuty sumienia męczą właśnie mnie, a nie naszych rodzicieli? Dlaczego oni mają marzenia, których nie możemy spełnić? Dlaczego oni są w stosunku do nas tak niesprawiedliwi? Dlaczego uciekłem, zamiast czuwać przy krewnym drugiego stopnia? Dlaczego nie mogę po prostu odpowiedzieć sobie na tak proste pytania, a nie szukać namiętnie odpowiedzi, uprzykrzając tym samym sobie życie? DLACZEGO? Postanowiłem trochę poćwiczyć w naiwnej nadziei na lepsze jutro. Mam marzenia ciętej głowy... Zacząłem się powoli rozciągać i uspokajać myśli. Zawiał cichy, a zarazem kojący wiatr dodający otuchy i radości... Po chwili jednak przez niego zrobiło się potwornie zimno i byłem zmuszony wracać do wtulonego w siebie stada. Tam jednak też mogłem trochę poćwiczyć. Odszedłem od nich na razie, w razie czego są w pobliżu. Na polance przyspieszyłem tempa do energicznego biegu. Wkrótce nadejdzie Naadam, a wciąż czuję się do niego nieprzygotowany. Westchnąłem ciężko. Byłem bardzo zmęczony. Po jakimś czasie, gdy zrobiło się odrobinę cieplej, zajęliśmy się ostatnimi dekoracjami. Wszystko w tej kwestii dopięte na ostatni guzik.Tylko mięśni brak...

18.08.2018

Od Cardinaniego „Pomysł kluczem do sukcesu (Naadam)"

Po ostatniej przygodzie z błotem miałem mieszane uczucia co do przedzierania się przez ośnieżony, błotnisty las z małą widocznością. Nigdy nie wiem, kiedy wpadnę w bagno. Z jednej strony niezły trening, a zarazem przygoda, a z drugiej narażanie życia i zdrowia plus dodatkowy niepotrzebny stres. Nawet najbardziej urokliwych miejscach potrafi być wiele zagrożeń czy to w postaci warunków atmosferycznych, niebezpiecznych skałek, groźnych zwierząt... Można by wymieniać i wymieniać. Spojrzałem niepewnie na lód przede mną i położyłem na nim swoje kopyto. Pod wpływem jego ciężaru delikatna warstwa zaczęła się kruszyć niczym szkło, które spadło z dużej wysokości. Czułem już pierwsze mrozy na swojej skórze, choć była skrzętnie ukryta pod dość grubym kubraczkiem z sierści. Prychnąłem cicho, zastanawiając się, jak bym dziś mógł potrenować do Naadam. W końcu wpadłem na pewien pomysł. Pamiętam pomysł Mivany z drzewem. Całkiem niezłe zajęcie. Poszedłem więc do pierwszej lepszej takiej rośliny i zacząłem na nią napierać kopytami. Kopałem z całych sił, namiętnie gryzłem, a ona powoli stawała się coraz bardziej zniszczona. Strużki potu spływały po mojej szyi i byłem bardzo zmęczony, ale za to mięśnie bardzo szybko mi się wyrabiały. Wiadomo, że tego od razu nie widać, choć ja czułem się na swój sposób silniejszy. Uśmiechnąłem się. Nawet na własne kopyto można nauczyć się tylu ciekawych rzeczy. Pomysł kluczem do sukcesu. Przeżułem kawałek kory, lecz po chwili go wyplułem. Nie byłem głodny. Nagle poczułem dziwny zapach, lecz nie zawracałem sobie nim głowy. Najważniejsze jest, że udało mi się dzisiaj potrenować. Byłem tak zmęczony, że nie miałem już czasu na głupoty.
C.D.N
Szablon
Margaryna
-
Maślana Grafika