Mimo poczynionych w tym kierunku wysiłków ogier zemdlał z wycieńczenia. Westchnęłam cicho, układając go w odpowiedniej pozycji. Była to zapewne jego pierwsza stadna wędrówka, dodatkowo ta dłuższa, a wszystko potęgował niezmierny upał. Uspokoiłam oddech i chwilę zastanawiałam się, co zrobić. Z jednej strony nie możemy czekać na otwartym terenie, aż się obudzi. Wszystkie drapieżniki i klęski żywiołowe miałyby łatwy kąsek. Z drugiej zaś nie mieliśmy większego wyboru, jeżeli nie chcieliśmy stracić członka klanu.
- Poczekamy tutaj... - urwałam i zastrzygłam gwałtownie uszami, ze strachem wpatrując się w dal. Pięć człekokształtnych sylwetek szło prosto na nas. Jeszcze nie zauważyli zwierząt, ale nie mogłam na to pozwolić. - Wszyscy do zagajnika! - wskazałam lasek po prawej stronie. Był rzadki, co utrudniało schowanie się, ale pomogła w tym gra światła i cieni w leśnym podszycie, zlewająca się z kolorami naszej sierści. Gdy podeszli bliżej, zauważyłam, że wyglądają raczej na turystów; nie mieli dobrze nam znanych wybuchów ani kamuflujących ich w zaroślach ubrań. Do tej pory przez kilkanaście minut martwiłam się do bólu, co będzie z Blacky'm, i walczyłam z chęcią ruszenia mu na pomoc, ale teraz mi ulżyło. Może dwunożni to bezlitośni debile, ale w tej sytuacji mogli mu bardzo pomóc. Patrzyłam, jak jeden mężczyzna podchodzi ostrożnie do konia. Drugi wyjął jakieś naczynie i wlał do niego wodę. Pierwszy zaczął go cucić, podnosząc gwałtownie jego łeb do góry.
<Blacky Lucky? Prosisz i masz:p>
→ Polecane posty ---> Zmiany w składzie SZAPULUTU
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Calipso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Calipso. Pokaż wszystkie posty
4.09.2017
Od Calipso do Forever (F) - ,,Zbłąkana owieczka"
- Marsz do stada! - krzyknęłam. Klacz powlokła się smętnie, odprowadzana zrezygnowanymi spojrzeniami. Westchnęłam ciężko i wysunęłam się ponownie na czoło, po czym ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Teren był wyżynny, pokryty wnękami i rosnącymi w nich gęstymi zaroślami. Potraktowałam Forever pewnie trochę za ostro; ale dzięki temu pewnie będzie lepiej pamiętała na przyszłość, że należy być czujnym. Step to nie miejsce na drzemki. Nastało już późne popołudnie, a wszyscy byli zmęczeni i głodni. Spojrzałam do tyłu, a kilka pysków podniosło się. Dociągnęlibyśmy dalej, lecz po co katować stado? Lepiej oszczędzać siły na górską przeprawę, niż teraz rwać do przodu.
- Tu się zatrzymujemy! - oznajmiłam, wskazując nieznacznie kopytem w dół, na nieco szresze pastwisko znajdujące się pomiędzy dwoma wzgórzami. Po klanie przeszło jak fala westchnienie ulgi, i ochoczo ruszyliśmy do miejsca postoju. Większość po chwili zajęła się jedzeniem kolacji, niektórzy jeszcze zajmowali się własnymi myślami. Ja należałam do tych pierwszych. Przeżuwając trawę obok Edwarda patrzyłam w dal, na linię horyzontu. Była już przyciemnioną, szarą kreską, a mrok rozprzestrzeniał się błyskawicznie, obejmując delikatnie nieboskłon. Wkrótce zaczęły się przygotowania do snu. Stanęłam jak zwykle dalej od reszty, razem z karym ogierem. Już prawie zamknęłam oczy, gdy cudem usłyszałam cichy, niemalże bezszelestny stukot kopyt. Siwo-jabłkowita klacz przyglądała się czemuś uważnie i ze strachem.
<Forever? Łuf -_->
- Tu się zatrzymujemy! - oznajmiłam, wskazując nieznacznie kopytem w dół, na nieco szresze pastwisko znajdujące się pomiędzy dwoma wzgórzami. Po klanie przeszło jak fala westchnienie ulgi, i ochoczo ruszyliśmy do miejsca postoju. Większość po chwili zajęła się jedzeniem kolacji, niektórzy jeszcze zajmowali się własnymi myślami. Ja należałam do tych pierwszych. Przeżuwając trawę obok Edwarda patrzyłam w dal, na linię horyzontu. Była już przyciemnioną, szarą kreską, a mrok rozprzestrzeniał się błyskawicznie, obejmując delikatnie nieboskłon. Wkrótce zaczęły się przygotowania do snu. Stanęłam jak zwykle dalej od reszty, razem z karym ogierem. Już prawie zamknęłam oczy, gdy cudem usłyszałam cichy, niemalże bezszelestny stukot kopyt. Siwo-jabłkowita klacz przyglądała się czemuś uważnie i ze strachem.
<Forever? Łuf -_->
28.08.2017
Od Calipso do Blacky'ego Lucky'ego (F) - ,,Uciekinier"
Szukałam nowego członka ledwie kilka minut. Edward zajął się resztą stada, którą należało zmobilizować do zakończenia przeżuwania śniadania i wyruszenia w dalszą wędrówkę. Byliśmy już prawie w połowie drogi do góry Munku - sardyk. Planowałam pójść wschodnim brzegiem jeziora Chubsuguł, a dalej zboczyć znowu nieco na zachód, wybierając w ten sposób łatwiejszy, choć z pewnością dłuższy szlak. Wolałam jednak to od wycieczki na przełaj przez górskie wąwozy i zbocza pełne ogromnych głazów, a że zbliżała się jesień, także mokrych i śliskich. Na prawo mieliśmy wygodniejszą ścieżkę, wyjeżdżoną kopytami ryczących ludzkich maszyn, wożących ich wygodnie dokąd zechcieli. Ci to mają farta. Wtem dotarło do mnie, że już nie próbuję odnaleźć Blacky'ego, a karego ogiera o lśniących, głębokich oczach jak dwie przepastne studnie w których właśnie tonęłam. Potrząsnęłam gwałtownie głową. Nagle poczułam dyszenie kogoś za mną. Odskoczyłam gwałtownie i obróciłam się, mierząc sztyletem prosto w cel moich poszukiwań. Westchnęłam i odłożyłam broń.
- Ach, tu jesteś. - powiedziałam miłym głosem. - Niedługo wyruszamy dalej. Lepiej, żebyś wrócił już do klanu. - dodałam stanowczo.
- Oczywiście, przywódczynio. - rzekł koń.
- Wystarczy Calipso. - Lubiłam bardzo brzmienie swego imienia i nie ukrywałam tego.
- To dla przyjaciół? - uśmiechnął się z przekąsem.
- Ruchy. - rzuciłam poważniejszym tonem, przewracając oczami, choć mimo wszystko go polubiłam. Lucky wzruszył lekko ,,ramionami", jakby przepraszająco, i udał się do reszty. Wzdychając, przytuliłam pysk do pobliskiego drzewa. Chłonęłam żywiczny zapach i chropowaty dotyk kory. Chwilę później obróciłam się i podeszłam do reszty moich poddanych. Prawie wszystkie twarze były mi znane. Od dawna niewielu do nas dołączało. Z jednej strony było to dobre, z drugiej złe. Wszystko ma swoje dwa spody, dwie natury. Stanęłam na czele obok Edwarda i dałam znak do wymarszu.
<Blacky Lucky? A spoko, konkurencja jestXD>
- Ach, tu jesteś. - powiedziałam miłym głosem. - Niedługo wyruszamy dalej. Lepiej, żebyś wrócił już do klanu. - dodałam stanowczo.
- Oczywiście, przywódczynio. - rzekł koń.
- Wystarczy Calipso. - Lubiłam bardzo brzmienie swego imienia i nie ukrywałam tego.
- To dla przyjaciół? - uśmiechnął się z przekąsem.
- Ruchy. - rzuciłam poważniejszym tonem, przewracając oczami, choć mimo wszystko go polubiłam. Lucky wzruszył lekko ,,ramionami", jakby przepraszająco, i udał się do reszty. Wzdychając, przytuliłam pysk do pobliskiego drzewa. Chłonęłam żywiczny zapach i chropowaty dotyk kory. Chwilę później obróciłam się i podeszłam do reszty moich poddanych. Prawie wszystkie twarze były mi znane. Od dawna niewielu do nas dołączało. Z jednej strony było to dobre, z drugiej złe. Wszystko ma swoje dwa spody, dwie natury. Stanęłam na czele obok Edwarda i dałam znak do wymarszu.
<Blacky Lucky? A spoko, konkurencja jestXD>
27.08.2017
Od Calipso do Blacky'ego Lucky'ego (F) - ,,Zakazana historia"
Oprowadziłam chętnie nowego ogiera po stadzie i zapoznałam z kilkoma jego członkami. Raczej mu się podobało, nie zauważyłam, aby się nudził czy coś w tym stylu. Po całym tym dniu odczuwałam niemałe zmęczenie. Całe moje ciało dopraszało się odpoczynku zarówno od umysłowej, jak i fizycznej pracy, a wkrótce rozpoczęło generalny strajk - nogi wlekły się za sobą, szyja zwiesiła się do przodu, a mój mózg nie był w stanie wymyślić niczego nowego. Przestałam też na siłę poszukiwać wzrokiem Edwarda, który najwyraźniej teraz nie miał ochoty na towarzystwo kogokolwiek. Z ulgą odeszłam na bok. Skubałam leniwie czubki traw i powoli je przeżuwałam, kęs po kęsie, chcąc jakoś zapełnić cenny czas pozostały do wieczora. Członkowie głównie rozmawiali między sobą. Wiktor i Relikta stali z boku, szepcząc coś między sobą. Odwróciłam wzrok. Nie potrafiłam w tym momencie znieść tego widoku, takiego szczęścia. Zapadał już zmrok, słońce szykowało się do snu. Jeszcze kończyło rozczesywać swoje długie włosy złożone z gęstych, złotawych promyków, kiedy zauważyłam przechodzącego obok mnie Blacky'ego.
- Witaj. - rzekłam obowiązkowo.
- Cześć. - odparł zadowolony, przyglądając mi się badawczo. Wyprostowałam się bardziej i dodałam:
- Dobrze się czujesz w klanie?
- Tak, jeszcze raz dziękuję za przyjęcie mnie.
- Nie ma sprawy. - uśmiechnęłam się lekko. Podniesienie moich kącików warg wymagało niemałego wysiłku. Zapadła niezręczna cisza. W końcu postanowiłam ją przerwać. - Właściwie, jak do nas trafiłeś? - ogier po chwili namysłu zaczął opowiadać:
- Urodziłem się u ludzi, w stajni. Moja matka zmarła niedługo po porodzie. Wychowywała mnie inna klacz która wcześniej poroniła. Gdy dorosłem, sprzedano mnie. Później przekazywano mnie z rąk do rąk. Miałem dość, uciekłem, i natknąłem się an was... - zakończył. Nie dziwiłam się jego wzburzeniu. - A jaka jest twoja historia? - zapytał nagle. Otworzyłam szerzej oczy. Moi wychowawcy, dolina i...ogień. Nie było sensu tego opowiadać. Ba, moje dzieje były jak zakazany owoc. Zakazana historia. Ale musiałam jeszcze z tego jakoś wybrnąć.
- No... - zaczęłam niepewnie. - Klan istnieje już kilka lat. Od tego czasu wielu do nas dołączyło lub go opuściło. - mój uśmiech był teraz bardziej głupkowaty i szerszy. Spuściłam prędko wzrok.
<Blacky Lucky? Przeważnie *) XD Ale nie radzę mnie wkurzać *) XD>
- Witaj. - rzekłam obowiązkowo.
- Cześć. - odparł zadowolony, przyglądając mi się badawczo. Wyprostowałam się bardziej i dodałam:
- Dobrze się czujesz w klanie?
- Tak, jeszcze raz dziękuję za przyjęcie mnie.
- Nie ma sprawy. - uśmiechnęłam się lekko. Podniesienie moich kącików warg wymagało niemałego wysiłku. Zapadła niezręczna cisza. W końcu postanowiłam ją przerwać. - Właściwie, jak do nas trafiłeś? - ogier po chwili namysłu zaczął opowiadać:
- Urodziłem się u ludzi, w stajni. Moja matka zmarła niedługo po porodzie. Wychowywała mnie inna klacz która wcześniej poroniła. Gdy dorosłem, sprzedano mnie. Później przekazywano mnie z rąk do rąk. Miałem dość, uciekłem, i natknąłem się an was... - zakończył. Nie dziwiłam się jego wzburzeniu. - A jaka jest twoja historia? - zapytał nagle. Otworzyłam szerzej oczy. Moi wychowawcy, dolina i...ogień. Nie było sensu tego opowiadać. Ba, moje dzieje były jak zakazany owoc. Zakazana historia. Ale musiałam jeszcze z tego jakoś wybrnąć.
- No... - zaczęłam niepewnie. - Klan istnieje już kilka lat. Od tego czasu wielu do nas dołączyło lub go opuściło. - mój uśmiech był teraz bardziej głupkowaty i szerszy. Spuściłam prędko wzrok.
<Blacky Lucky? Przeważnie *) XD Ale nie radzę mnie wkurzać *) XD>
31.07.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Przeciwieństwa się przyciągają"
Stanęłam jak zwykle na swoim miejscu, w oddali od stada zbitego w ciasną grupę. Przy każdym najlżejszym ruchu odczuwałam ból w potłuczonym ciele, ale zelżał już. Przymknęłam powieki, jednak nie mogłam zasnąć. Spojrzałam w górę, na rozgwieżdżone niebo pozbawione chmur, z bladą tarczą księżyca w centrum. Jego światło oświetlało pogrążoną w mroku Mongolię, nadając jej jeszcze bardziej tajemniczy wyraz. Mogłabym na to patrzeć godzinami. Zadrżałam od chłodu nocy, który tu, na niewielkim wzgórzu, przesiąkał mnie do szpiku kości. Wtem usłyszałam za sobą czyjeś ciche kroki, jakby nie chciały zdradzić obecności ich właściciela. Obejrzałam się powoli ze strachem. Z ulgą ledwo dostrzegłam w ciemności sylwetkę karego ogiera i błysk w jego oku. Wyciągnęłam szyję w kierunku konia, by móc się przywitać. Poczułam na sobie ciepły oddech drugiej istoty, nieznany i kontrastujący z otaczającą nas temperaturą. Edward zaczerpnął powietrza i wyglądał, jakby chciał mi coś powiedzieć.
- Ciiii... - westchnęłam. Chyba porzucił ten zamiar. Na dziś wystarczy mi tego. Mamy jeszcze tyle czasu do stracenia... - uśmiechnęłam się niezauważalnie. Podszedł bliżej, i przystanął obok, wpatrując się w gwiazdy. Mój wzrok spoczął na nim. Nie potrafiłam określić tego, co czułam, gdy na niego patrzyłam. Z jednej strony mnie odpychał, a z drugiej przyciągał. Nie przyjaźnimy się...Więc jak to? Moje myśli znów biegły swoim własnym torem. Zakochałam się? - nie zdążyłam sobie odpowiedzieć na to dziwne pytanie, bowiem sen otulił mnie kruka skrzydłami.
~*~
Rano obudziłam się z bólem w łopatce. Prychnęłam, zaciskając zęby.
- Calipso? - spytał znajomy głos niedaleko mnie. Generał przyglądał mi się z niepokojem.
- To nic takiego. - uśmiechnęłam się, i wolno rozprostowywałam zdrętwiałe kończyny, przygotowując ciało do dalszej wędrówki. Szczyt Munku-Sardyk. Tam będziemy mogli ostatecznie wypocząć. Przez chwilę stanęło mi przed oczami wczorajsze pytanie, lecz szybko odepchnęłam je na bok. Chyba sprawy klanu są jednak ważniejsze...Wzdychając, ruszyłam w dół zbocza, by zjeść śniadanie, kiedy podeszli do mnie Relikta i Wiktor.
- Chodzi o to, że ja i Relikta chcielibyśmy zostać parą. - rzekł od razu ogier. podniosłam łeb i zaskoczona wpatrywałam się w nich. Zaraz...Czy naprawdę tego chcę? Skup się i przestań o TYM myśleć! Oszalałaś już? - ofuknęłam się w myślach.
- Oczywiście, jeśli oboje tego chcecie, to życzę wam udanego związku. - odparłam.
- Dziękujemy. - powiedzieli z wdzięcznością i oddalili się. Zaraz potem podszedł do mnie kary koń. Zaczęłam skubać trawę. Kątem oka obserwowałam jego. Zamyślony wpatrywał się w ziemię. Po posiłku ogłosiłam zwyczajowo wyruszenie w dalszą drogę. Szliśmy obok siebie w milczeniu. Miłość... - nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Czy może to być coś jeszcze silniejszego?
Po kilku godzinach zarządziłam postój dla zmęczonych mięśni. Ból w łopatce znowu się wzmagał. Zaschło mi w gardle; nadstawiłam uszu, ale niczego nie usłyszałam w pobliżu. Weszłam więc głębiej w las, oddalając się od stada. Dopiero tu znalazłam niewielki strumyk. Zanurzyłam pysk najgłębiej jak mogłam w płytkim nurcie i zaczęłam łapczywie pochłaniać wodę. Po kilkunastu minutach podniosłam go, i rozejrzałam się dookoła. Długie gałęzie starej wierzby, ,,oplecione" małymi listkami położyły się na mojej szyi. Loci spojrzał na nie z dołu zazdrośnie. Szemrząca struga wody biegła dalej uparcie pod głazami, między mchem i paprociami. Westchnęłam, przyklękając na kwiecistym, białym dywanie. Wtedy w prześwicie pomiędzy drzewami pojawił się Ed. Słońce rzucało na jego sierść refleksy, kiedy szedł ku mnie. Wstałam, i nasze spojrzenia spotkały się. Edward... - nie mogłam ruszyć się z miejsca. Chciałam odejść, lecz wtedy harmonia tego momentu z pewnością by upadła. W końcu ogier stanął naprzeciwko mnie; pragnęłam, jednak nie wiedziałam, co mówić...
- Calipso... - powiedział cicho, wbijając wzrok w ziemię. Zrobiłam krok w jego stronę. Próbowałam powiedzieć to jakoś inaczej. Zakochałam się. Nagle jego wargi zetknęły się z moimi. Zaskoczona, zesztywniałam. Zdziwienie po chwili ustąpiło rozkoszy. Oddałam się temu uczuciu i odwzajemniłam gest. Kocham cię.
<Edward? Co ty na to? Masz może jakieś (anty)koncepcje? XD>
- Ciiii... - westchnęłam. Chyba porzucił ten zamiar. Na dziś wystarczy mi tego. Mamy jeszcze tyle czasu do stracenia... - uśmiechnęłam się niezauważalnie. Podszedł bliżej, i przystanął obok, wpatrując się w gwiazdy. Mój wzrok spoczął na nim. Nie potrafiłam określić tego, co czułam, gdy na niego patrzyłam. Z jednej strony mnie odpychał, a z drugiej przyciągał. Nie przyjaźnimy się...Więc jak to? Moje myśli znów biegły swoim własnym torem. Zakochałam się? - nie zdążyłam sobie odpowiedzieć na to dziwne pytanie, bowiem sen otulił mnie kruka skrzydłami.
~*~
Rano obudziłam się z bólem w łopatce. Prychnęłam, zaciskając zęby.
- Calipso? - spytał znajomy głos niedaleko mnie. Generał przyglądał mi się z niepokojem.
- To nic takiego. - uśmiechnęłam się, i wolno rozprostowywałam zdrętwiałe kończyny, przygotowując ciało do dalszej wędrówki. Szczyt Munku-Sardyk. Tam będziemy mogli ostatecznie wypocząć. Przez chwilę stanęło mi przed oczami wczorajsze pytanie, lecz szybko odepchnęłam je na bok. Chyba sprawy klanu są jednak ważniejsze...Wzdychając, ruszyłam w dół zbocza, by zjeść śniadanie, kiedy podeszli do mnie Relikta i Wiktor.
- Chodzi o to, że ja i Relikta chcielibyśmy zostać parą. - rzekł od razu ogier. podniosłam łeb i zaskoczona wpatrywałam się w nich. Zaraz...Czy naprawdę tego chcę? Skup się i przestań o TYM myśleć! Oszalałaś już? - ofuknęłam się w myślach.
- Oczywiście, jeśli oboje tego chcecie, to życzę wam udanego związku. - odparłam.
- Dziękujemy. - powiedzieli z wdzięcznością i oddalili się. Zaraz potem podszedł do mnie kary koń. Zaczęłam skubać trawę. Kątem oka obserwowałam jego. Zamyślony wpatrywał się w ziemię. Po posiłku ogłosiłam zwyczajowo wyruszenie w dalszą drogę. Szliśmy obok siebie w milczeniu. Miłość... - nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Czy może to być coś jeszcze silniejszego?
Po kilku godzinach zarządziłam postój dla zmęczonych mięśni. Ból w łopatce znowu się wzmagał. Zaschło mi w gardle; nadstawiłam uszu, ale niczego nie usłyszałam w pobliżu. Weszłam więc głębiej w las, oddalając się od stada. Dopiero tu znalazłam niewielki strumyk. Zanurzyłam pysk najgłębiej jak mogłam w płytkim nurcie i zaczęłam łapczywie pochłaniać wodę. Po kilkunastu minutach podniosłam go, i rozejrzałam się dookoła. Długie gałęzie starej wierzby, ,,oplecione" małymi listkami położyły się na mojej szyi. Loci spojrzał na nie z dołu zazdrośnie. Szemrząca struga wody biegła dalej uparcie pod głazami, między mchem i paprociami. Westchnęłam, przyklękając na kwiecistym, białym dywanie. Wtedy w prześwicie pomiędzy drzewami pojawił się Ed. Słońce rzucało na jego sierść refleksy, kiedy szedł ku mnie. Wstałam, i nasze spojrzenia spotkały się. Edward... - nie mogłam ruszyć się z miejsca. Chciałam odejść, lecz wtedy harmonia tego momentu z pewnością by upadła. W końcu ogier stanął naprzeciwko mnie; pragnęłam, jednak nie wiedziałam, co mówić...
- Calipso... - powiedział cicho, wbijając wzrok w ziemię. Zrobiłam krok w jego stronę. Próbowałam powiedzieć to jakoś inaczej. Zakochałam się. Nagle jego wargi zetknęły się z moimi. Zaskoczona, zesztywniałam. Zdziwienie po chwili ustąpiło rozkoszy. Oddałam się temu uczuciu i odwzajemniłam gest. Kocham cię.
<Edward? Co ty na to? Masz może jakieś (anty)koncepcje? XD>
4.07.2017
Od Calipso do Krystal (F) - ,,Nagonka"
- I jak było? - spytałam pogodnym głosem, gdy zauważyłam siwą klacz szykującą się do snu. Podniosła głowę i odparła radośnie:
- Świetnie. - uśmiechnęłam się lekko i odeszłam parę kroków w pobliże karego ogiera. Powoli zamknęłam oczy, żegnając kolejny dzień.
~Rano~
Tuż po obudzeniu się zaburczało mi w brzuchu. Od razu schyliłam głowę i zaczęłam skubać trawę. Wczoraj nawet nie zauważyłam, jak mało zjadłam. Gdy skończyłam śniadanie, inni byli dopiero w połowie posiłku, dlatego zyskałam na czasie. Siedzimy nad Eg stanowczo za długo. Powinniśmy być już w drodze... - pomyślałam, rozglądając się z niepokojem. Mimo to nie miałam pojęcia, jaki powinniśmy obrać kierunek. Lato oznaczało częste ulewy, a przy tym upały. Westchnęłam cicho. Wtem nadstawiłam uszu. Czyjeś kroki, zbliżające się w naszą stronę. Inni również zaniepokoili się. Kolejny szelest.
Zarżałam głośno, dając sygnał do odwrotu, i zagalopowałam na czele. Z ziemi uniosły się kłęby pyłu. Gnaliśmy na złamanie karku wzdłuż biegu rzeki, a on dalej za nami podążał, choć znacznie wolniej. Z przerażeniem biegłam przed siebie, bez wybranego kierunku, byle dalej. Zdołałam się tylko na moment obejrzeć i kątem oka dostrzec napastników. Pięciu ludzi; czterech siedziało gdzieś w głębi panoramy, a jeden z wycelowanym w nas dziwnym urządzeniem biegł, cały czerwony z wysiłku, bliski kresu polowania. Za mną oglądał się także generał. Galopowaliśmy jeszcze długo, aż nie było szans, by nas dogonili. Zwolniłam do kłusa i zatrzymałam się, dysząc. Chyba oddaliśmy się bardziej na zachód. Klan odpoczywał po nagonce. Skierowałam wzrok na północ. Zdecydowałam już, dokąd pójdziemy.
- Zaraz ruszamy na Munku-sardyk, przygotujcie się.
<Krystal? Zakładka terytoria się przyda;)>
- Świetnie. - uśmiechnęłam się lekko i odeszłam parę kroków w pobliże karego ogiera. Powoli zamknęłam oczy, żegnając kolejny dzień.
~Rano~
Tuż po obudzeniu się zaburczało mi w brzuchu. Od razu schyliłam głowę i zaczęłam skubać trawę. Wczoraj nawet nie zauważyłam, jak mało zjadłam. Gdy skończyłam śniadanie, inni byli dopiero w połowie posiłku, dlatego zyskałam na czasie. Siedzimy nad Eg stanowczo za długo. Powinniśmy być już w drodze... - pomyślałam, rozglądając się z niepokojem. Mimo to nie miałam pojęcia, jaki powinniśmy obrać kierunek. Lato oznaczało częste ulewy, a przy tym upały. Westchnęłam cicho. Wtem nadstawiłam uszu. Czyjeś kroki, zbliżające się w naszą stronę. Inni również zaniepokoili się. Kolejny szelest.
Zarżałam głośno, dając sygnał do odwrotu, i zagalopowałam na czele. Z ziemi uniosły się kłęby pyłu. Gnaliśmy na złamanie karku wzdłuż biegu rzeki, a on dalej za nami podążał, choć znacznie wolniej. Z przerażeniem biegłam przed siebie, bez wybranego kierunku, byle dalej. Zdołałam się tylko na moment obejrzeć i kątem oka dostrzec napastników. Pięciu ludzi; czterech siedziało gdzieś w głębi panoramy, a jeden z wycelowanym w nas dziwnym urządzeniem biegł, cały czerwony z wysiłku, bliski kresu polowania. Za mną oglądał się także generał. Galopowaliśmy jeszcze długo, aż nie było szans, by nas dogonili. Zwolniłam do kłusa i zatrzymałam się, dysząc. Chyba oddaliśmy się bardziej na zachód. Klan odpoczywał po nagonce. Skierowałam wzrok na północ. Zdecydowałam już, dokąd pójdziemy.
- Zaraz ruszamy na Munku-sardyk, przygotujcie się.
<Krystal? Zakładka terytoria się przyda;)>
4.07.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Ucieczka"
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam nad sobą siwy łeb Kallena, który wpatrywał się we mnie z mieszanką niepokoju i ulgi. Wpierw odwzajemniłam zdziwiona spojrzenie, ale natychmiast się zreflektowałam i spróbowałam jakoś dźwignąć na nogi, wyciągając przed siebie przednie kończyny, jednak zaraz dołączył się do tego okropny ból w boku i łopatce, dlatego w takiej pozycji odezwałam się, starając się tego nie okazywać:
- Dziękujemy, że nas znaleźliście. - moje kąciki ust nie chciały się podnieść, jak zazwyczaj.
- Po dwóch dniach postanowiliśmy was poszukać. Nagle Opium usłyszała jakieś krzyki, i tak tu dotarliśmy. - wyjaśnił podenerwowany ogier. Pokiwałam z zadowoleniem głową, więc odszedł na bok, by porozmawiać z Reliktą. Przypomniałam sobie o Edwardzie; natychmiast się obejrzałam, a w umyśle kłębiły mi się najgorsze wizje. Jednak na szczęście stał pewnie, tyle że na ziemi zbierała się niewielka kałuża ze ściekającej krwi. Popatrzyłam w dół, na moje kopyta oparte o ziemię. Zacisnęłam mocno powieki, i przesunęłam nagle ciężar ciała do przodu, tym samym prostując tylne nogi. Moje ciało przeszył ból, z płuc uszło powietrze, ale udało mi się utrzymać na chwiejnych kończynach, kiedy ktoś mnie podparł. Generał spytał poważnie:
- Nic sobie nie złamałaś? - wątpiłam w to, raczej kilka mocnych siniaków.
- Nie. Teraz rachunki mamy wyrównane. - uśmiechnęłam się lekko, odwzajemnił gest. Wzięłam głęboki oddech i rzekłam do klanu:
- Dziękuję wszystkim. Wracamy do rzeki. Gdzieś musi być stąd wyjście. - zakończyłam z nutką nadziei. Przez chwilę wszyscy milczeli, po czym odezwała się Opium:
- Biegliśmy wzdłuż tego parowu. Schodzi łagodnie w dół, Eg jest niedaleko stąd.
- To dobrze. - powiedziałam z radością, i ruszyłam z miejsca w stronę końca wąwozu. Niedługo potem widać już było na horyzoncie koniec udręki i drzewa nad brzegiem rowu. Wdrapaliśmy się tam z trudem, lecz zmęczenie przestało mieć znaczenie. Wlokłam się noga za nogą, a Edward obok mnie. Na szczycie czekaliśmy jeszcze na ostatnich maruderów. Porozglądałam się trochę, i zerwałam kilka roślin o białych, drobnych kwiatkach i wysokiej łodydze. Podeszłam do ogiera i przyłożyłam do rany. Na początku cofnął się zaskoczony, ale spokojnie dał mi zrobić opatrunek.
- Zatrzyma krwawienie... - mruknęłam do siebie. Na razie powinno wystarczyć. Rozpoczęła się dalsza droga powrotna. Ściółka gęstego lasu, wypełniona mchem i roślinnością, tłumiła nasze kroki. Popołudniowa cisza pozwalała mi ułożyć myśli. Przecież byłam gotowa. Czemu nie dałeś mi odejść? - ze zwieszonym łbem wpatrywałam się w pojedyncze martwe kamyki, symbol Mary. Mogłam pozostać w zapomnieniu. Niedoszła przywódczyni Klanu Ognistej Grzywy bez dziedzica. Wspaniały scenariusz. - popatrzyłam na karego konia obok. Bardziej zależy mi przecież na jego życiu, niż na moim, bezwartościowym. - docierały do mnie coraz bardziej zaskakujące fakty, ale łączące się w całość z innymi. Nie mogę cały czas uciekać przed sobą. - ta myśl podświetliła wszystko z nowej perspektywy. Westchnęłam z ulgą, jakbym zrzuciła z siebie jakiś ciężar.
<Edward? Co u ciebie w burzy mózgów?XD>
- Dziękujemy, że nas znaleźliście. - moje kąciki ust nie chciały się podnieść, jak zazwyczaj.
- Po dwóch dniach postanowiliśmy was poszukać. Nagle Opium usłyszała jakieś krzyki, i tak tu dotarliśmy. - wyjaśnił podenerwowany ogier. Pokiwałam z zadowoleniem głową, więc odszedł na bok, by porozmawiać z Reliktą. Przypomniałam sobie o Edwardzie; natychmiast się obejrzałam, a w umyśle kłębiły mi się najgorsze wizje. Jednak na szczęście stał pewnie, tyle że na ziemi zbierała się niewielka kałuża ze ściekającej krwi. Popatrzyłam w dół, na moje kopyta oparte o ziemię. Zacisnęłam mocno powieki, i przesunęłam nagle ciężar ciała do przodu, tym samym prostując tylne nogi. Moje ciało przeszył ból, z płuc uszło powietrze, ale udało mi się utrzymać na chwiejnych kończynach, kiedy ktoś mnie podparł. Generał spytał poważnie:
- Nic sobie nie złamałaś? - wątpiłam w to, raczej kilka mocnych siniaków.
- Nie. Teraz rachunki mamy wyrównane. - uśmiechnęłam się lekko, odwzajemnił gest. Wzięłam głęboki oddech i rzekłam do klanu:
- Dziękuję wszystkim. Wracamy do rzeki. Gdzieś musi być stąd wyjście. - zakończyłam z nutką nadziei. Przez chwilę wszyscy milczeli, po czym odezwała się Opium:
- Biegliśmy wzdłuż tego parowu. Schodzi łagodnie w dół, Eg jest niedaleko stąd.
- To dobrze. - powiedziałam z radością, i ruszyłam z miejsca w stronę końca wąwozu. Niedługo potem widać już było na horyzoncie koniec udręki i drzewa nad brzegiem rowu. Wdrapaliśmy się tam z trudem, lecz zmęczenie przestało mieć znaczenie. Wlokłam się noga za nogą, a Edward obok mnie. Na szczycie czekaliśmy jeszcze na ostatnich maruderów. Porozglądałam się trochę, i zerwałam kilka roślin o białych, drobnych kwiatkach i wysokiej łodydze. Podeszłam do ogiera i przyłożyłam do rany. Na początku cofnął się zaskoczony, ale spokojnie dał mi zrobić opatrunek.
- Zatrzyma krwawienie... - mruknęłam do siebie. Na razie powinno wystarczyć. Rozpoczęła się dalsza droga powrotna. Ściółka gęstego lasu, wypełniona mchem i roślinnością, tłumiła nasze kroki. Popołudniowa cisza pozwalała mi ułożyć myśli. Przecież byłam gotowa. Czemu nie dałeś mi odejść? - ze zwieszonym łbem wpatrywałam się w pojedyncze martwe kamyki, symbol Mary. Mogłam pozostać w zapomnieniu. Niedoszła przywódczyni Klanu Ognistej Grzywy bez dziedzica. Wspaniały scenariusz. - popatrzyłam na karego konia obok. Bardziej zależy mi przecież na jego życiu, niż na moim, bezwartościowym. - docierały do mnie coraz bardziej zaskakujące fakty, ale łączące się w całość z innymi. Nie mogę cały czas uciekać przed sobą. - ta myśl podświetliła wszystko z nowej perspektywy. Westchnęłam z ulgą, jakbym zrzuciła z siebie jakiś ciężar.
<Edward? Co u ciebie w burzy mózgów?XD>
26.06.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Suma istnienia"
Zaśmiałam się krótko, odruchowo zatrzymując wzrok na jego grzywie i przesuwając go w stronę linii oczu.
- Jeszcze nie oślepłam. - teraz i on parsknął śmiechem, i na tym skończyła się rozmowa. Zewsząd dobiegał śpiew i gwizd przeróżnych ptaków, jednak rzadszy, niż rankiem. Często jeden z nich, szaro-bury, beżowo-czarny lub jednolicie hebanowy przelatywał błyskawicznie nad otwartym terenem i znikał pośród koron drzew. Do tej harmonii dołączało stukanie dzięciołów w pniach, szemrzenie przelewającej się w rzece wody, szelesty roślinności poruszanej przez dziką zwierzynę i chrupanie jakiegoś owocu przez Lociego. Na naszej drodze pojawiało się coraz więcej krzaków, aż oczywiste stało się, iż weszliśmy do lasu. Utrudniało to orientację, ale miałam nadzieję, że idziemy we właściwym kierunku. A raczej, że Edward wybrał właściwą drogę. W końcu podobno faceci mają kompas w głowie...Mech i gęsty podszyt skutecznie tłumiły nasze kroki, czasem tylko jakiś kolec pozostawiał bolesny, płytki ślad. Jednak puszcza robiła się coraz bardziej zwarta i ciemna, a między nas wkradał się niepokój. Musieliśmy wytężać wzrok, odsuwają łbem zwisające liany i inne rzeczy. Napięcie narastało, a pragnienie dawało o sobie znać. Pewnie minęło już południe. Wtem dostrzegłam jasną, złotą smugę, przypominającą brzeg strumienia, jednak nigdzie nie było wody. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się to głębokim parowem, szerokim na jakieś 6 kopyt, efektem erozji i powolnego wyschnięcia okresowej rzeczki, powtarzanym od setek lat. Westchnęłam, spoglądając w dół, i serce podeszło mi do gardła. W życiu nie udałoby się nam zejść po stromych, wąskich półkach, zwłaszcza, że nie były to skały, a jedynie dobrze utwardzony piach. Przygryzłam wargę, rozglądając się na boki. Jak szeroki, tak i długi, a noc spędzona tutaj to nie jest dobry pomysł.
- Ścieżka. - powiedział nagle ogier.
- Hę? - mruknęłam. Wskazał kopytem na przeciwny brzeg. Faktycznie, widniała tam wyraźna droga, skręcająca w odpowiednim kierunku. Już się ucieszyłam, lecz pozostał problem przebycia rowu. Kątem oka obserwowałam Edwarda. Cofnął się, napinając mięśnie.
- Zaczekaj! - spojrzał na mnie zdziwiony - Pójdę przodem. W końcu jestem przywódcą. - poza tym, gdyby coś mu się stało...nie wybaczyłabym sobie. - pomyślałam, szykując się do skoku. Wolałam nie wyobrażać sobie dzielącej mnie odległości. Na moment zamknęłam oczy. Od razu zagalopowałam, Loci pisnął cichutko, z całej siły wtulając się w moją grzywę. Tuż przed krawędzią wybiłam się jak najmocniej. Poczułam uderzenie powietrza, nie miałam pod sobą już nic; trwało to sekundy, aż moje ciało uderzyło z hukiem o ścianę, wyciskając mi z płuc powietrze. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, jednocześnie usilnie próbując się wdrapać na górę. Znalazłam oparcie na wystających korzeniach, jednak nie mogłam wciągnąć się za pomocą przednich nóg, ledwo dotykających skraju wąwozu. Piach i drewno nie wytrzymały. Wokół mnie pojawiła się tylko próżnia i pustka, której nic nie mogło zapełnić.
- Calipso! - krzyknął ogier. Spadłam bokiem na usianą żwirem, kamieniami i piachem ziemię. Jęknęłam, czując sączącą się powoli krew i ostry, kłujący ból. Mój towarzysz zszedł i przerażony wpatrywał się we mnie, próbując podnieść mój łeb.
- Spokojnie. - powiedziałam, choć w środku ogarniał mnie strach. Z niemałym wysiłkiem dźwignęłam się, i o mały włos nie upadłam. Podeszłam do zbocza i podniosłam przednią kończynę, wyciągając ją przed siebie. Wiedziałam, że to na nic, lecz zapamiętale próbowałam, z coraz większym uczucie beznadziei.
- Calipso, przestań! - ponownie usłyszałam krzyk przyjaciela. - Poczekaj, spróbuję zejść... - w tym momencie pod kopytami wyczułam jakiś ruch, średniej wielkości zwierzęcia. Z tą różnicą, że nie było samo.
- Edward, idź stąd! - odparłam stanowczo.
- W życiu! - wiadomo było, że odmówi. Skierowałam wzrok w górę i przełknęłam ślinę. Dwa wychudzone rysie, cienie samych siebie. Jeden, warcząc, próbował znaleźć zejście.
- Uciekaj żesz! Znajdź klan! - wydzierałam się. Z łatwością dopadłyby kolejny kąsek, który wkroczyłby do akcji. Zresztą... - pokręciłam głową. Moje istnienie nie ma sensu. - położyłam się i drżąc wpatrywałam się w drapieżniki. Starałam się nie spanikować. Burunduk popiskiwał w ich stronę, chyba grożąc im. Stado...oni wszyscy...Edward...muszą żyć.
Będę mogła pokochać go...już na wieki.
<Edward? Spokojnie, nie mam zamiaru tu umieraćXD Zignoruj ostatnie zdanie, coś mi się wydaje że jeden kieliszek za dużoO_O>
- Jeszcze nie oślepłam. - teraz i on parsknął śmiechem, i na tym skończyła się rozmowa. Zewsząd dobiegał śpiew i gwizd przeróżnych ptaków, jednak rzadszy, niż rankiem. Często jeden z nich, szaro-bury, beżowo-czarny lub jednolicie hebanowy przelatywał błyskawicznie nad otwartym terenem i znikał pośród koron drzew. Do tej harmonii dołączało stukanie dzięciołów w pniach, szemrzenie przelewającej się w rzece wody, szelesty roślinności poruszanej przez dziką zwierzynę i chrupanie jakiegoś owocu przez Lociego. Na naszej drodze pojawiało się coraz więcej krzaków, aż oczywiste stało się, iż weszliśmy do lasu. Utrudniało to orientację, ale miałam nadzieję, że idziemy we właściwym kierunku. A raczej, że Edward wybrał właściwą drogę. W końcu podobno faceci mają kompas w głowie...Mech i gęsty podszyt skutecznie tłumiły nasze kroki, czasem tylko jakiś kolec pozostawiał bolesny, płytki ślad. Jednak puszcza robiła się coraz bardziej zwarta i ciemna, a między nas wkradał się niepokój. Musieliśmy wytężać wzrok, odsuwają łbem zwisające liany i inne rzeczy. Napięcie narastało, a pragnienie dawało o sobie znać. Pewnie minęło już południe. Wtem dostrzegłam jasną, złotą smugę, przypominającą brzeg strumienia, jednak nigdzie nie było wody. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się to głębokim parowem, szerokim na jakieś 6 kopyt, efektem erozji i powolnego wyschnięcia okresowej rzeczki, powtarzanym od setek lat. Westchnęłam, spoglądając w dół, i serce podeszło mi do gardła. W życiu nie udałoby się nam zejść po stromych, wąskich półkach, zwłaszcza, że nie były to skały, a jedynie dobrze utwardzony piach. Przygryzłam wargę, rozglądając się na boki. Jak szeroki, tak i długi, a noc spędzona tutaj to nie jest dobry pomysł.
- Ścieżka. - powiedział nagle ogier.
- Hę? - mruknęłam. Wskazał kopytem na przeciwny brzeg. Faktycznie, widniała tam wyraźna droga, skręcająca w odpowiednim kierunku. Już się ucieszyłam, lecz pozostał problem przebycia rowu. Kątem oka obserwowałam Edwarda. Cofnął się, napinając mięśnie.
- Zaczekaj! - spojrzał na mnie zdziwiony - Pójdę przodem. W końcu jestem przywódcą. - poza tym, gdyby coś mu się stało...nie wybaczyłabym sobie. - pomyślałam, szykując się do skoku. Wolałam nie wyobrażać sobie dzielącej mnie odległości. Na moment zamknęłam oczy. Od razu zagalopowałam, Loci pisnął cichutko, z całej siły wtulając się w moją grzywę. Tuż przed krawędzią wybiłam się jak najmocniej. Poczułam uderzenie powietrza, nie miałam pod sobą już nic; trwało to sekundy, aż moje ciało uderzyło z hukiem o ścianę, wyciskając mi z płuc powietrze. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, jednocześnie usilnie próbując się wdrapać na górę. Znalazłam oparcie na wystających korzeniach, jednak nie mogłam wciągnąć się za pomocą przednich nóg, ledwo dotykających skraju wąwozu. Piach i drewno nie wytrzymały. Wokół mnie pojawiła się tylko próżnia i pustka, której nic nie mogło zapełnić.
- Calipso! - krzyknął ogier. Spadłam bokiem na usianą żwirem, kamieniami i piachem ziemię. Jęknęłam, czując sączącą się powoli krew i ostry, kłujący ból. Mój towarzysz zszedł i przerażony wpatrywał się we mnie, próbując podnieść mój łeb.
- Spokojnie. - powiedziałam, choć w środku ogarniał mnie strach. Z niemałym wysiłkiem dźwignęłam się, i o mały włos nie upadłam. Podeszłam do zbocza i podniosłam przednią kończynę, wyciągając ją przed siebie. Wiedziałam, że to na nic, lecz zapamiętale próbowałam, z coraz większym uczucie beznadziei.
- Calipso, przestań! - ponownie usłyszałam krzyk przyjaciela. - Poczekaj, spróbuję zejść... - w tym momencie pod kopytami wyczułam jakiś ruch, średniej wielkości zwierzęcia. Z tą różnicą, że nie było samo.
- Edward, idź stąd! - odparłam stanowczo.
- W życiu! - wiadomo było, że odmówi. Skierowałam wzrok w górę i przełknęłam ślinę. Dwa wychudzone rysie, cienie samych siebie. Jeden, warcząc, próbował znaleźć zejście.
- Uciekaj żesz! Znajdź klan! - wydzierałam się. Z łatwością dopadłyby kolejny kąsek, który wkroczyłby do akcji. Zresztą... - pokręciłam głową. Moje istnienie nie ma sensu. - położyłam się i drżąc wpatrywałam się w drapieżniki. Starałam się nie spanikować. Burunduk popiskiwał w ich stronę, chyba grożąc im. Stado...oni wszyscy...Edward...muszą żyć.
Będę mogła pokochać go...już na wieki.
<Edward? Spokojnie, nie mam zamiaru tu umieraćXD Zignoruj ostatnie zdanie, coś mi się wydaje że jeden kieliszek za dużoO_O>
26.06.2017
Od Calipso do Donatella (F) - ,,Mini wywiad"
Westchnęłam i nie patrząc mu w oczy milczałam, by nie dolewać oliwy do ognia. Po kilku minutach zastanowienia odezwał się:
- W takim razie, co musiałbym zrobić, by móc tu pozostać? - nadstawiłam uszu. Po chwili odparłam spokojnym głosem:
- Możesz dołączyć do nas. - zaproponowałam, grzebiąc kopytem w ziemi. Koń obejrzał się za siebie, a w końcu powiedział cicho, niemalże szeptem:
- Zgoda. - uśmiechnęłam się lekko, po czym wykonałam gest, by szedł za mną, i udałam się w kierunku obecnego miejsca pobytu stada. Postanowiłam pierwsza zadać pytanie:
- Jak się nazywasz?
- Donatello. - odrzekł z nutką dumy. - A ty?
- Calipso. - oddaliśmy się już trochę od rzeki, lecz nadal poruszaliśmy się w cieniu drzew, niebezpieczne blisko granicy między nim a prażącym słońcem na stepie. Znów zapadła cisza, dookoła niósł się tylko ptasi śpiew, ćwierkanie i gwizdy. Sylwetki członków klanu pojawiły się na horyzoncie.
- Właściwie, skąd pochodzisz? - spytałam z ciekawości, bowiem dręczyła mnie już ta monotonia i nuda wędrówki.
- Z południa. - wzruszył niby ramionami, gdy wkroczyliśmy między stado, zaniepokojone nowym przybyszem.
<Donatello? Wybacz, że takie chujowe, ale wena mnie tu nie słucha:(>
- W takim razie, co musiałbym zrobić, by móc tu pozostać? - nadstawiłam uszu. Po chwili odparłam spokojnym głosem:
- Możesz dołączyć do nas. - zaproponowałam, grzebiąc kopytem w ziemi. Koń obejrzał się za siebie, a w końcu powiedział cicho, niemalże szeptem:
- Zgoda. - uśmiechnęłam się lekko, po czym wykonałam gest, by szedł za mną, i udałam się w kierunku obecnego miejsca pobytu stada. Postanowiłam pierwsza zadać pytanie:
- Jak się nazywasz?
- Donatello. - odrzekł z nutką dumy. - A ty?
- Calipso. - oddaliśmy się już trochę od rzeki, lecz nadal poruszaliśmy się w cieniu drzew, niebezpieczne blisko granicy między nim a prażącym słońcem na stepie. Znów zapadła cisza, dookoła niósł się tylko ptasi śpiew, ćwierkanie i gwizdy. Sylwetki członków klanu pojawiły się na horyzoncie.
- Właściwie, skąd pochodzisz? - spytałam z ciekawości, bowiem dręczyła mnie już ta monotonia i nuda wędrówki.
- Z południa. - wzruszył niby ramionami, gdy wkroczyliśmy między stado, zaniepokojone nowym przybyszem.
<Donatello? Wybacz, że takie chujowe, ale wena mnie tu nie słucha:(>
19.06.2017
Od Calipso do Krystal (F) - ,,Oprowadzka"
Zastrzygłam uszami i milczałam przez chwilę. No cóż, w każdym razie było to jednym z moich obowiązków, mimo iż za tym nie przepadałam; jednak dziś chciałam zdecydowanie odepchnąć nudę na bok.
- Okey, chętnie. - powiedziałam, uśmiechając się lekko. - Chcesz dokończyć posiłek, czy ruszamy od razu?
- Możemy teraz. - odpowiedziała po krótkim zastanowieniu z entuzjazmem. Odwróciłam się, dając znak, by podążała cały czas za mną. W głowie przesuwałam poszczególne części zwiedzania na właściwie miejsca, tak, by żadna nie zmęczyła się zbyt wcześnie. Było to dla mnie przyjemne zajęcie. Na początek skręciłam nagle i podeszłam do samego brzegu. W spokojnym, choć nie nazbyt, nurcie, przepływały ledwo widoczne pod taflą wody srebrne rybki, a ich łuski co raz mieniły się w blasku słońca. Krystal również się zbliżyła z pytającym wyrazem na pysku.
- To rzeka Eg. Obecnie stacjonujemy tutaj, ale już niedługo wyruszymy dalej w drogę. - wyjaśniłam naprędce. Pokiwała głową, i znów ruszyłyśmy, w stronę klanu.
- A...Ilu mamy członków? Klaczy, ogierów, źrebiąt...? - spytała po chwili. Westchnęłam cicho i powiedziałam:
- Nie mamy żadnych młodych, ale jest 7 klaczy i 3 ogiery, wliczając w to ciebie i mnie.
- A jacy oni są? - zainteresowała się.
- To już sama ocenisz. - odparłam prosto. Weszliśmy pomiędzy pierwsze konie, stojące po stronie zewnętrznej. Uchwyciłam przelotne spojrzenie Edwarda, i spuściłam wzrok. Przed nami pojawiła się Relikta. Przyszedł do mnie pewien pomysł, który znacznie bardziej pomógłby nowej.
- Witaj, Relikta. - klacz skinęła łbem na powitanie i zapadła cisza, podczas której nieznajome przypatrywały się sobie. Musiałam ją przerwać.
- To jest Krystal. Dołączyła do nas wczoraj i jeszcze niewiele wie. Myślę, że powinna lepiej poznać inne konie, więc może byś ją trochę oprowadziła? - nie zamierzałam zrzucać tego na nią...może któraś moja część tak przemawiała, ale...
- Zgoda. - odpowiedziała.
<Krystal? No, pociągnij to jakoś, bo ja na razie nie wiem jak, natomiast po następnym się pewnie rozkręcę>
- Okey, chętnie. - powiedziałam, uśmiechając się lekko. - Chcesz dokończyć posiłek, czy ruszamy od razu?
- Możemy teraz. - odpowiedziała po krótkim zastanowieniu z entuzjazmem. Odwróciłam się, dając znak, by podążała cały czas za mną. W głowie przesuwałam poszczególne części zwiedzania na właściwie miejsca, tak, by żadna nie zmęczyła się zbyt wcześnie. Było to dla mnie przyjemne zajęcie. Na początek skręciłam nagle i podeszłam do samego brzegu. W spokojnym, choć nie nazbyt, nurcie, przepływały ledwo widoczne pod taflą wody srebrne rybki, a ich łuski co raz mieniły się w blasku słońca. Krystal również się zbliżyła z pytającym wyrazem na pysku.
- To rzeka Eg. Obecnie stacjonujemy tutaj, ale już niedługo wyruszymy dalej w drogę. - wyjaśniłam naprędce. Pokiwała głową, i znów ruszyłyśmy, w stronę klanu.
- A...Ilu mamy członków? Klaczy, ogierów, źrebiąt...? - spytała po chwili. Westchnęłam cicho i powiedziałam:
- Nie mamy żadnych młodych, ale jest 7 klaczy i 3 ogiery, wliczając w to ciebie i mnie.
- A jacy oni są? - zainteresowała się.
- To już sama ocenisz. - odparłam prosto. Weszliśmy pomiędzy pierwsze konie, stojące po stronie zewnętrznej. Uchwyciłam przelotne spojrzenie Edwarda, i spuściłam wzrok. Przed nami pojawiła się Relikta. Przyszedł do mnie pewien pomysł, który znacznie bardziej pomógłby nowej.
- Witaj, Relikta. - klacz skinęła łbem na powitanie i zapadła cisza, podczas której nieznajome przypatrywały się sobie. Musiałam ją przerwać.
- To jest Krystal. Dołączyła do nas wczoraj i jeszcze niewiele wie. Myślę, że powinna lepiej poznać inne konie, więc może byś ją trochę oprowadziła? - nie zamierzałam zrzucać tego na nią...może któraś moja część tak przemawiała, ale...
- Zgoda. - odpowiedziała.
<Krystal? No, pociągnij to jakoś, bo ja na razie nie wiem jak, natomiast po następnym się pewnie rozkręcę>
17.06.2017
Od Calipso (F) (Gimnastyka) - ,,Płomienie bogów" R. 3
Członkowie ustawili się w równym rzędzie przed zebranym przeróżnym pożywieniem. Długie grzywy lśniły w ostatnich promieniach słońca, które zataczając jaskrawe, czerwone, pomarańczowe i złote łuki chowało się za horyzont. Pierzaste, drobne chmury nabrały pięknych, fioletowo-różowych barw przez światło. Czułam na sobie delikatne powiewy wiatru, odsuwające moją grzywkę na bok i przeszywające ciszę, która zapadła po szuraniu kopyt o trawę. Powoli ukłoniłam się, uginając prawą przednią nogę, a reszta poszła w moje ślady. Zamknęłam oczy i w skupieniu, na nic nie zwracając uwagi, wyszeptałam z serca:
- Untanei he, Boven - wzięłam wdech, i uniosłam powieki. Kwiaty, zioła i częściowo zasuszona trawa nadal leżały w tej samej pozycji, choć w głębi czułam, jakby coś się zmieniło. Wszyscy nieśmiało podeszli i zaczęli podskubywać niektóre przysmaki, jednak po kilku minutach zamieniło się to w prawdziwą ucztę. Po klanie nieustannie rozbrzmiewało echo prowadzonych szeptem rozmów. Zadowolona przeżuwałam besus, a obok mnie stał Edward. Wystarczało nam milczenie. W końcu posiłek dobiegał końca. Mrok spływał po wydłużonych, tonących i zamazujących się w nim powoli cieniach, rozlewając wszędzie gęstą czerń tej nocy. Ostatnie ślady pobladłego nieba odeszły w niepamięć. Już zapalała pierwsze, drobne płomyki gwiazd, migoczących w oddali na granatowym firmamencie. Rozległo się pohukiwanie sowy poszukującej kolejnej zdobyczy. Moje oczy przyzwyczaiły się już do ciemności. Nadszedł odpowiedni moment. Przenieśliśmy wspólnie resztę roślinności i ułożyliśmy ją we wnętrzu ogromnego stosu suchych gałęzi zaciągniętych tu specjalnie wcześniej. Nie było szans na zapalenie go, ale to powinno wystarczyć. Gładkie, obdarte z kory paliki wbite w ziemię udekorowane kwiatami podtrzymywały całą konstrukcję z lian, tworząc swego rodzaju okrąg na ubitej ziemi. Na miejscach kierunków świata położono nawet kilka kawałków metalu, oznaczających wojnę - dla Fenesa. Członkowie utworzyli zgodny krąg, zwrócony pyskami do środka i patrzący na mnie wyczekująco. Wzięłam głęboki wdech i zarzuciłam łbem, stukając przednimi kopytami o ziemię. Konie ruszyły stępem. Stałam w centrum tego wszystkiego, intonując monotonną, cichą pieśń. Jednak niemalże niezauważalnie ona przyspieszała. Czas rozpłynął się gdzieś w przestrzeni. Miałam wrażenie, że chwile nie mijają, lecz śmigają bezszelestnie; zatopiłam się w harmonii. Tempo wymusiło na stadzie przejście do kłusa. Wzrok stawał się coraz bardziej groźny i zamglony. Nagle oderwałam się od ziemi i zagalopowałam, dołączając do nich, nie zaprzestając nucenia tej mantry. Wyraźnie słyszałam bicie swojego serca. Biegliśmy po wolność, dalej i głębiej, lecz...w pewnym momencie urwało się to jak zwinięty gwałtownie film. Wróciłam do rzeczywistości. Kręciło mi się trochę w głowie. Gdy doszłam do siebie, podeszłam do stosu i oznajmiłam:
- Evil War zostanie na posterunku. A my... - napięcie mimo zmęczenia osiągnęło zenit - wyruszamy na poszukiwania ogników! Kto wróci z pustymi kopytami, ten gapa! - dodałam, i natychmiast zanurzyłam się w las; reszta również zaskoczona rzuciła się do przodu. Kłusowałam kilkanaście metrów, po czym zwolniłam. Noc jeszcze młoda. Miałam ze sobą jedynie sztylet z przyczepioną do niego broszką. Ostrze odbijało światło księżyca, świecąc trupio pośród gęstwiny z zarośli i pni drzew. Skupiłam się, wytężając wszystkie zmysły, mimo że wzrok nie jest moją najmocniejszą stroną. Z uporem maniaka parłam do przodu, natrafiając nieraz na doły, wykroty, zwisające gałęzie omijane w ostatniej chwili lub coś piszczącego umykającego w krzaki. Nuda tej niczym nieurozmaiconej wędrówki przez ciemną, gęstą nicość pochłaniała mnie, jednak nie traciłam nadziei, że może w końcu coś dostrzegę, okaże się prawdą z opowieści. Zawzięcie, z rosnącą irytacją, przedzierałam się dalej, ale nagle zatrzymałam się i niemalże wrosłam w ziemię. Pod kopytami poczułam jakiś ruch. Blisko mnie. Wstrzymałam oddech, udając martwy posąg, część krajobrazu. Coś jasnego mignęło w oddali, w tych warunkach oślepiająco, lecz nie miałam odwagi się ruszyć. Wreszcie wysunęłam do przodu odrętwiałą nogę, i gwałtownie wyrwałam naprzód, nie zważając na przeszkody. Mimo moich poszukiwań dalej niczego nie znalazłam. A przecież wyraźnie widziałam! Nie jestem taka znowu ślepa...Mówi się trudno, żyje się dalej. Ostatecznie do mojej świadomości wpadła w biegu pewna myśl i aż uderzyła w ścianę: A jak zamierzasz wrócić??? Wcale mnie ona nie zdziwiła. Rozejrzałam się dookoła. Nadciągał świt, wciskając się w przestrzenie między liśćmi. Skierowałam wzrok do dołu. Ziemia była na wpół rozmokła przez coraz częstsze deszcze, lecz ślady były w miarę dobrze zachowane. Z trudem odnajdywałam je, a blask słoneczny stawał się coraz intensywniejszy. Zadrapania piekły mnie żywcem, prawa przednia noga bolała. W pewnym miejscu po prostu się urwały; nie zostało już najmniejsze wgniecenie. Trochę zaniepokojona, zrobiłam parę niepewnych kroków, i rozpoznałam pewien charakterystyczny dół. Stąd znałam już mniej więcej drogę. Uśmiechnęłam się lekko do siebie. Z ulgą po przedarciu się przez chaszcze wyszłam na otwartą przestrzeń i powitałam orzeźwiający powiew wiatru. Opium, Evil War, Wiktor, Relikta i Edward już tu byli. Kary ogier podniósł się, mimo rany na łopatce, i podszedł do mnie.
- Złapałaś jakiegoś duszka? - spytał zaczepnie.
- Nie. - odparłam ze śmiechem. - A ty?
- Tylko trochę gałęzi, liści i ciebie.
KONIEC DEFINITYWNY
THE END
- Untanei he, Boven - wzięłam wdech, i uniosłam powieki. Kwiaty, zioła i częściowo zasuszona trawa nadal leżały w tej samej pozycji, choć w głębi czułam, jakby coś się zmieniło. Wszyscy nieśmiało podeszli i zaczęli podskubywać niektóre przysmaki, jednak po kilku minutach zamieniło się to w prawdziwą ucztę. Po klanie nieustannie rozbrzmiewało echo prowadzonych szeptem rozmów. Zadowolona przeżuwałam besus, a obok mnie stał Edward. Wystarczało nam milczenie. W końcu posiłek dobiegał końca. Mrok spływał po wydłużonych, tonących i zamazujących się w nim powoli cieniach, rozlewając wszędzie gęstą czerń tej nocy. Ostatnie ślady pobladłego nieba odeszły w niepamięć. Już zapalała pierwsze, drobne płomyki gwiazd, migoczących w oddali na granatowym firmamencie. Rozległo się pohukiwanie sowy poszukującej kolejnej zdobyczy. Moje oczy przyzwyczaiły się już do ciemności. Nadszedł odpowiedni moment. Przenieśliśmy wspólnie resztę roślinności i ułożyliśmy ją we wnętrzu ogromnego stosu suchych gałęzi zaciągniętych tu specjalnie wcześniej. Nie było szans na zapalenie go, ale to powinno wystarczyć. Gładkie, obdarte z kory paliki wbite w ziemię udekorowane kwiatami podtrzymywały całą konstrukcję z lian, tworząc swego rodzaju okrąg na ubitej ziemi. Na miejscach kierunków świata położono nawet kilka kawałków metalu, oznaczających wojnę - dla Fenesa. Członkowie utworzyli zgodny krąg, zwrócony pyskami do środka i patrzący na mnie wyczekująco. Wzięłam głęboki wdech i zarzuciłam łbem, stukając przednimi kopytami o ziemię. Konie ruszyły stępem. Stałam w centrum tego wszystkiego, intonując monotonną, cichą pieśń. Jednak niemalże niezauważalnie ona przyspieszała. Czas rozpłynął się gdzieś w przestrzeni. Miałam wrażenie, że chwile nie mijają, lecz śmigają bezszelestnie; zatopiłam się w harmonii. Tempo wymusiło na stadzie przejście do kłusa. Wzrok stawał się coraz bardziej groźny i zamglony. Nagle oderwałam się od ziemi i zagalopowałam, dołączając do nich, nie zaprzestając nucenia tej mantry. Wyraźnie słyszałam bicie swojego serca. Biegliśmy po wolność, dalej i głębiej, lecz...w pewnym momencie urwało się to jak zwinięty gwałtownie film. Wróciłam do rzeczywistości. Kręciło mi się trochę w głowie. Gdy doszłam do siebie, podeszłam do stosu i oznajmiłam:
- Evil War zostanie na posterunku. A my... - napięcie mimo zmęczenia osiągnęło zenit - wyruszamy na poszukiwania ogników! Kto wróci z pustymi kopytami, ten gapa! - dodałam, i natychmiast zanurzyłam się w las; reszta również zaskoczona rzuciła się do przodu. Kłusowałam kilkanaście metrów, po czym zwolniłam. Noc jeszcze młoda. Miałam ze sobą jedynie sztylet z przyczepioną do niego broszką. Ostrze odbijało światło księżyca, świecąc trupio pośród gęstwiny z zarośli i pni drzew. Skupiłam się, wytężając wszystkie zmysły, mimo że wzrok nie jest moją najmocniejszą stroną. Z uporem maniaka parłam do przodu, natrafiając nieraz na doły, wykroty, zwisające gałęzie omijane w ostatniej chwili lub coś piszczącego umykającego w krzaki. Nuda tej niczym nieurozmaiconej wędrówki przez ciemną, gęstą nicość pochłaniała mnie, jednak nie traciłam nadziei, że może w końcu coś dostrzegę, okaże się prawdą z opowieści. Zawzięcie, z rosnącą irytacją, przedzierałam się dalej, ale nagle zatrzymałam się i niemalże wrosłam w ziemię. Pod kopytami poczułam jakiś ruch. Blisko mnie. Wstrzymałam oddech, udając martwy posąg, część krajobrazu. Coś jasnego mignęło w oddali, w tych warunkach oślepiająco, lecz nie miałam odwagi się ruszyć. Wreszcie wysunęłam do przodu odrętwiałą nogę, i gwałtownie wyrwałam naprzód, nie zważając na przeszkody. Mimo moich poszukiwań dalej niczego nie znalazłam. A przecież wyraźnie widziałam! Nie jestem taka znowu ślepa...Mówi się trudno, żyje się dalej. Ostatecznie do mojej świadomości wpadła w biegu pewna myśl i aż uderzyła w ścianę: A jak zamierzasz wrócić??? Wcale mnie ona nie zdziwiła. Rozejrzałam się dookoła. Nadciągał świt, wciskając się w przestrzenie między liśćmi. Skierowałam wzrok do dołu. Ziemia była na wpół rozmokła przez coraz częstsze deszcze, lecz ślady były w miarę dobrze zachowane. Z trudem odnajdywałam je, a blask słoneczny stawał się coraz intensywniejszy. Zadrapania piekły mnie żywcem, prawa przednia noga bolała. W pewnym miejscu po prostu się urwały; nie zostało już najmniejsze wgniecenie. Trochę zaniepokojona, zrobiłam parę niepewnych kroków, i rozpoznałam pewien charakterystyczny dół. Stąd znałam już mniej więcej drogę. Uśmiechnęłam się lekko do siebie. Z ulgą po przedarciu się przez chaszcze wyszłam na otwartą przestrzeń i powitałam orzeźwiający powiew wiatru. Opium, Evil War, Wiktor, Relikta i Edward już tu byli. Kary ogier podniósł się, mimo rany na łopatce, i podszedł do mnie.
- Złapałaś jakiegoś duszka? - spytał zaczepnie.
- Nie. - odparłam ze śmiechem. - A ty?
- Tylko trochę gałęzi, liści i ciebie.
KONIEC DEFINITYWNY
THE END
16.06.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Mały, nieśmiały spryciarz"
Uniosłam powoli powieki. Rozmazany niebiesko-zielony świat najpierw zrobił fikołka, a później zatrzymał się rozkołysany, powoli uzyskując ostrość. Potrząsnęłam głową, przez co grzywka wpadła mi do oczu, ale nie przejęłam się tym, rozglądając wokoło. Po soczystych, wąskich łodyżkach trawy przechadzały się przeróżne owady. Na żółtych i białych płatkach kwiatów przysiadały pierwsze kolorowe motyle, by spijać nektar. Wszędzie niosło się echo ptasich głosów, a ich czarny przedstawiciel przemknął między jednym brzegiem a drugim. Nurt rzeki unosił ze sobą połamane gałązki i porwane przez wiatr liście, woda podmywała piach wyżej, spłukując go dalej. Pośrodku znajdowała się znaczna płycizna, naznaczona jaśniejszym, szmaragdowym kolorem, z wieloma połamanymi pieńkami i resztkami roślin sterczącymi z wody. Spojrzałam na śpiącego obok mnie karego ogiera. Jego sierść połyskiwała metalicznie w promieniach wschodzącego słońca. To wszystko wydawało mi się jednym wielkim snem, piękną marą. Westchnęłam i położyłam łeb na przednich nogach, niechętna podrywać się z dotychczasowego legowiska. Nagle coś miękkiego otarło się o mój bok. Zaskoczona poderwałam się gwałtownie, rżąc, i wbiłam wzrok w tamto miejsce. Coś śmignęło i zamarło w bezruchu.
- Co się stało? - spytał mój kompan wyrwany ze snu. Milczałam, uważnie obserwując i powoli podchodząc. Wysunęłam szyję najdalej, jak mogłam, i dostrzegłam jakąś brązową kulkę.
- Hm? - skulone zwierzątko lekko wychyliło łebek i spojrzało na mnie przestraszonymi, czarnymi oczkami, po czym ponownie się schowało.
- Nie zrobię ci krzywdy. - powiedziałam łagodnie, chcąc uspokoić je i bliżej się zapoznać. Edward, zaciekawiony, również znalazł się bliżej. Stworzenie zrobiło nieśmiało kroczek i znów zastygło niby realistyczna rzeźba. Kiedy ujrzałam charakterystyczne paski, rozpoznałam w nim burunduka. Przybliżyłam doń pysk, i wciągnęłam jego woń. Wtedy on błyskawicznie wdrapał się na mnie, łaskocząc mnie pazurkami w szyję, i przysiadł na mojej grzywie, najwyraźniej nie mając zamiaru stamtąd schodzić.
- Niech będzie, Loci. - uśmiechnęłam się. Wzdychając, zabrałam się do śniadania. W ciszy przeżuwaliśmy roślinność. Co jakiś czas spoglądałam na przyjaciela. Wciąż to słowo mnie dziwiło. Nadal wyglądał na trochę przygnębionego, przynajmniej miałam takie wrażenie. Chciałam go jakoś pocieszyć. Zaczęło mnie to dołować, jednak przywołałam się do porządku. Kiedyś na pewno się rozchmurzy i zrozumie. - pocieszyłam się. A od kiedy w ogóle mi na tym zależy? - zreflektowałam się, ale na szczęście moje rozmyślania przerwał jego głos:
- To co dalej? - podniosłam głowę i odruchowo spojrzałam w dal.
- Chyba musimy wrócić do klanu. - zasugerowałam. Nie byłam pewna, jak daleko odeszliśmy.
<Edward? Jeśli chcesz, nie musisz robić nic długiego na siłę. Mam już pewien planXD>
- Co się stało? - spytał mój kompan wyrwany ze snu. Milczałam, uważnie obserwując i powoli podchodząc. Wysunęłam szyję najdalej, jak mogłam, i dostrzegłam jakąś brązową kulkę.
- Hm? - skulone zwierzątko lekko wychyliło łebek i spojrzało na mnie przestraszonymi, czarnymi oczkami, po czym ponownie się schowało.
- Nie zrobię ci krzywdy. - powiedziałam łagodnie, chcąc uspokoić je i bliżej się zapoznać. Edward, zaciekawiony, również znalazł się bliżej. Stworzenie zrobiło nieśmiało kroczek i znów zastygło niby realistyczna rzeźba. Kiedy ujrzałam charakterystyczne paski, rozpoznałam w nim burunduka. Przybliżyłam doń pysk, i wciągnęłam jego woń. Wtedy on błyskawicznie wdrapał się na mnie, łaskocząc mnie pazurkami w szyję, i przysiadł na mojej grzywie, najwyraźniej nie mając zamiaru stamtąd schodzić.
- Niech będzie, Loci. - uśmiechnęłam się. Wzdychając, zabrałam się do śniadania. W ciszy przeżuwaliśmy roślinność. Co jakiś czas spoglądałam na przyjaciela. Wciąż to słowo mnie dziwiło. Nadal wyglądał na trochę przygnębionego, przynajmniej miałam takie wrażenie. Chciałam go jakoś pocieszyć. Zaczęło mnie to dołować, jednak przywołałam się do porządku. Kiedyś na pewno się rozchmurzy i zrozumie. - pocieszyłam się. A od kiedy w ogóle mi na tym zależy? - zreflektowałam się, ale na szczęście moje rozmyślania przerwał jego głos:
- To co dalej? - podniosłam głowę i odruchowo spojrzałam w dal.
- Chyba musimy wrócić do klanu. - zasugerowałam. Nie byłam pewna, jak daleko odeszliśmy.
<Edward? Jeśli chcesz, nie musisz robić nic długiego na siłę. Mam już pewien planXD>
13.06.2017
Od Calipso (F) (Gimnastyka) - ,,Zbliżamy się" R. 2
Gdy tylko otworzyłam oczy, szybko wstałam i energicznym krokiem podążyłam w stronę wodopoju. Krótkie, ale treściwe śniadanie przygotowało mnie na dalszą część dnia. Stado już się obudziło, wszyscy rozglądali się z zaciekawieniem, wypatrując nie wiadomo czego. Oczywiście to dopiero początek. Należało w najbliższym czasie zebrać potrzebne materiały; to był nasz główny cel. Wkrótce wszyscy rozeszli się do pracy, a ja postanowiłam najpierw obserwować pracę innych. Z początku skierowałam się w stronę polany, lecz nogi poniosły mnie lekkim kłusem w pobliże Opium. Kładła właśnie obok podobnego ,,pęczku" roślinę o długiej, cienkiej łodyżce, zakończoną purpurowym kwiatem o drobnych płatkach.
- Besus. - szepnęłam do siebie. Klacz podniosła głowę i uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
- O, witaj, Calipso. Mam już prawie połowę pożywienia. - oznajmiła.
- To...świetnie. Oby tak dalej. - rzekłam z podziwem. Byłam zaskoczona, że poszło jej tak szybko. Przynajmniej miałam pewność, że wybrałam odpowiednią osobę. Podeszłam do robionych zapasów, by przyjrzeć się im bliżej. Rozpoznałam wśród nich turówkę wonną, zwaną żubrówką, sporo zwykłej trawy, trochę orlików (nieco kwaśne, ale dobre), wiele ziół najczęściej w niewielkiej ilości, jak migdałecznik chełubowiec, ciemna mięta, piołun, także irysy, ostatnie owoce rokitnika, czarna porzeczka i liście karagany syberyjskiej oraz kilku innych drzew. Nieliczne pędy były uschnięte, jednak przymknęłam na to oko, wiedząc, że się stara. Następnie odwiedziłam Evil War, polerującą swój sztylet o gładką krawędź kamienia. Zarżałam cicho na powitanie, i położyłam się obok.
- Wszystko okey? - spytałam po chwili, by przerwać milczenie.
- Yhym. - mruknęła niezbyt przekonująco w odpowiedzi, ale na razie to mi wystarczyło. Nie zamierzałam jej dręczyć pytaniami. Zanim otworzyłam pysk, zabójczyni wyrecytowała:
- Plan jest taki. Przed uroczystością rozejrzę się po okolicy, a kiedy dam znak, możecie zaczynać. Będę cały czas w pobliżu, aż do zakończenia. W razie czego, wszyscy ukryjemy się w pewnym rowie.
- Dobrze, zgadzam się. - przytaknęłam i odeszłam, pozwalając jej pozostać w samotności. Kolejnym przystankiem byli Wiktor i Kallen. Spierali się właśnie o coś między gałęziami a lianami. Na mój widok natychmiast zamilkli.
- Witaj, Calipso. - powiedzieli równocześnie.
- Czy macie już jakieś koncepcje? - walnęłam prosto z mostu, nie chcąc tracić czasu na jałowe dyskusje. Czas mnie gonił.
- W sumie tak. - oznajmił gniady ogier z nutką wątpliwości. Zaczęli mi wyjaśniać, co i jak, pokazywać za pomocą gestów i różnych przedmiotów, popróbowałam paru rzeczy i ogólnie szło im bardzo przyzwoicie, chociaż czasem się kłócili i wtrącali do siebie. Wiele pomysłów przypadło mi do gustu, zaproponowałam tylko kilka zmian.
- Reszta to niespodzianka. - mrugnął do mnie młody Kallen. Uśmiechnęłam się porozumiewawczo, po czym ruszyłam do ostatniej rzeczy - przygotowań polany. Południe chyliło się ku upadkowi, robiło się coraz cieplej i przyjemniej, nie gorąco i lepko. Pogoda nam sprzyja. Już w oddali zauważyłam szybko poruszające się sylwetki. Relikta i Italia galopowały po okręgu, coraz bardziej go zacieśniając, a następnie nagle odskakując od środka na zewnątrz i powtarzając tę samą trasę. Pot spływał im po szyjach, ale wytrwale na przemian kłusowały i przyspieszały, ubijając glebę wraz z trawą. Wtem zatrzymały się.
- No, chyba wystarczy... - mruknęła bułana klacz, łapiąc gwałtownie powietrze, a potem dostrzegła mnie. Podeszłam szybkim krokiem i pochwaliłam je, uderzając mocno kopytem, by się upewnić:
- Dobra robota. - uśmiechnęły się, zadowolone. - A gdzie Michelle?
- Poszła poszukać jakichś długich pnączy, żeby je rozwiesić... - zainteresowałam się teraz wszystkim, co zostało do tej pory zrobione. Wbite w ziemię martwe, wysokie pale sterczały do góry, zapewne przywleczone tu z lasu i mające posłużyć za stelaż.
- Jutro to wszystko udekorujemy. - zapewniły dziewczyny.
- No, to wszystko. - westchnęłam z ulgą, oddalając się w cień drzew. Ale raptownie przypomniałam sobie jeszcze o Edwardzie i tradycjach. Ech...chyba mogę mu zaufać. - pomyślałam niepewnie, lecz położyłam się. Na pewno sobie poradzi.
<CDN>
- Besus. - szepnęłam do siebie. Klacz podniosła głowę i uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
- O, witaj, Calipso. Mam już prawie połowę pożywienia. - oznajmiła.
- To...świetnie. Oby tak dalej. - rzekłam z podziwem. Byłam zaskoczona, że poszło jej tak szybko. Przynajmniej miałam pewność, że wybrałam odpowiednią osobę. Podeszłam do robionych zapasów, by przyjrzeć się im bliżej. Rozpoznałam wśród nich turówkę wonną, zwaną żubrówką, sporo zwykłej trawy, trochę orlików (nieco kwaśne, ale dobre), wiele ziół najczęściej w niewielkiej ilości, jak migdałecznik chełubowiec, ciemna mięta, piołun, także irysy, ostatnie owoce rokitnika, czarna porzeczka i liście karagany syberyjskiej oraz kilku innych drzew. Nieliczne pędy były uschnięte, jednak przymknęłam na to oko, wiedząc, że się stara. Następnie odwiedziłam Evil War, polerującą swój sztylet o gładką krawędź kamienia. Zarżałam cicho na powitanie, i położyłam się obok.
- Wszystko okey? - spytałam po chwili, by przerwać milczenie.
- Yhym. - mruknęła niezbyt przekonująco w odpowiedzi, ale na razie to mi wystarczyło. Nie zamierzałam jej dręczyć pytaniami. Zanim otworzyłam pysk, zabójczyni wyrecytowała:
- Plan jest taki. Przed uroczystością rozejrzę się po okolicy, a kiedy dam znak, możecie zaczynać. Będę cały czas w pobliżu, aż do zakończenia. W razie czego, wszyscy ukryjemy się w pewnym rowie.
- Dobrze, zgadzam się. - przytaknęłam i odeszłam, pozwalając jej pozostać w samotności. Kolejnym przystankiem byli Wiktor i Kallen. Spierali się właśnie o coś między gałęziami a lianami. Na mój widok natychmiast zamilkli.
- Witaj, Calipso. - powiedzieli równocześnie.
- Czy macie już jakieś koncepcje? - walnęłam prosto z mostu, nie chcąc tracić czasu na jałowe dyskusje. Czas mnie gonił.
- W sumie tak. - oznajmił gniady ogier z nutką wątpliwości. Zaczęli mi wyjaśniać, co i jak, pokazywać za pomocą gestów i różnych przedmiotów, popróbowałam paru rzeczy i ogólnie szło im bardzo przyzwoicie, chociaż czasem się kłócili i wtrącali do siebie. Wiele pomysłów przypadło mi do gustu, zaproponowałam tylko kilka zmian.
- Reszta to niespodzianka. - mrugnął do mnie młody Kallen. Uśmiechnęłam się porozumiewawczo, po czym ruszyłam do ostatniej rzeczy - przygotowań polany. Południe chyliło się ku upadkowi, robiło się coraz cieplej i przyjemniej, nie gorąco i lepko. Pogoda nam sprzyja. Już w oddali zauważyłam szybko poruszające się sylwetki. Relikta i Italia galopowały po okręgu, coraz bardziej go zacieśniając, a następnie nagle odskakując od środka na zewnątrz i powtarzając tę samą trasę. Pot spływał im po szyjach, ale wytrwale na przemian kłusowały i przyspieszały, ubijając glebę wraz z trawą. Wtem zatrzymały się.
- No, chyba wystarczy... - mruknęła bułana klacz, łapiąc gwałtownie powietrze, a potem dostrzegła mnie. Podeszłam szybkim krokiem i pochwaliłam je, uderzając mocno kopytem, by się upewnić:
- Dobra robota. - uśmiechnęły się, zadowolone. - A gdzie Michelle?
- Poszła poszukać jakichś długich pnączy, żeby je rozwiesić... - zainteresowałam się teraz wszystkim, co zostało do tej pory zrobione. Wbite w ziemię martwe, wysokie pale sterczały do góry, zapewne przywleczone tu z lasu i mające posłużyć za stelaż.
- Jutro to wszystko udekorujemy. - zapewniły dziewczyny.
- No, to wszystko. - westchnęłam z ulgą, oddalając się w cień drzew. Ale raptownie przypomniałam sobie jeszcze o Edwardzie i tradycjach. Ech...chyba mogę mu zaufać. - pomyślałam niepewnie, lecz położyłam się. Na pewno sobie poradzi.
<CDN>
10.06.2017
Od Calipso do Michelle (F) - ,,Pośrodku"
Klacz odwróciła się gwałtownie, nieco zaskoczona moją obecnością. Przez chwilę stałyśmy na środku polany, obserwując się nawzajem. Sam fakt pojawienia się jej w miejscu obranym przeze mnie na cele święta trochę mnie zaniepokoił, ale wiadomo, że przypadki się zdarzają, czasem nawet całkiem absurdalne. Potrząsnęłam grzywą, chcąc odpędzić natrętną gzę.
- Ja...szukam jakiegoś stada. - odpowiedziała, grzebiąc kopytem w ziemi. Moje kąciki warg uniosły się lekko w uśmiechu.
- W takim razie dobrze trafiłaś. - nadstawiła uszu, a ja kontynuowałam: - Tutaj znajduje się Klan Ognistej Grzywy. Jestem Calipso.
- Michelle. W takim razie...czy mogłabym do niego dołączyć? - spytała z nadzieją. Mój wzrok zatrzymał się na szarawej chmurze o wydłużonym kształcie.
- Jeśli chcesz, chętnie cię przyjmiemy. - wykonałam gest, aby ruszyła za mną, i skierowałam się z powrotem w stronę stada. Nie dość, że upewniłam się, że polana nadaje się na uroczystości, to jeszcze mamy nową członkinię. Po krótkim marszu w oddali widać było stado pasące się spokojnie. Mrugnęłam porozumiewawczo do Edwarda, przytaknął i powrócił do wcześniejszej czynności.
- A poza tym, jakie chciałabyś mieć stanowisko?
<Michelle? Ot, nic specjalnego>
- Ja...szukam jakiegoś stada. - odpowiedziała, grzebiąc kopytem w ziemi. Moje kąciki warg uniosły się lekko w uśmiechu.
- W takim razie dobrze trafiłaś. - nadstawiła uszu, a ja kontynuowałam: - Tutaj znajduje się Klan Ognistej Grzywy. Jestem Calipso.
- Michelle. W takim razie...czy mogłabym do niego dołączyć? - spytała z nadzieją. Mój wzrok zatrzymał się na szarawej chmurze o wydłużonym kształcie.
- Jeśli chcesz, chętnie cię przyjmiemy. - wykonałam gest, aby ruszyła za mną, i skierowałam się z powrotem w stronę stada. Nie dość, że upewniłam się, że polana nadaje się na uroczystości, to jeszcze mamy nową członkinię. Po krótkim marszu w oddali widać było stado pasące się spokojnie. Mrugnęłam porozumiewawczo do Edwarda, przytaknął i powrócił do wcześniejszej czynności.
- A poza tym, jakie chciałabyś mieć stanowisko?
<Michelle? Ot, nic specjalnego>
8.06.2017
Od Calipso (F) (Gimnastyka) - ,,Przygotowania wrą!" R. 1
Wolnymi, choć długimi krokami zbliżały się kolejne dni, coraz gorętsze, bardziej wypełnione insektami, podświetlone silnymi promieniami słońca i okraszone błogim lenistwem - innymi słowy, dążące do rozpoczęcia właściwego, kalendarzowego lata. A w tej kolejce stał jeden, ubrany w lśniące ognistym blaskiem, nocne szaty. Gal ödör, ku czci Fenesa. Święto organizowano każdego roku, wyłaniano mnóstwo talentów, i nie miała znaczenia ilość. Jeden duch walki może zgładzić tysiące tchórzy. Tradycja sięgała niepamiętnych czasów, jak wiele uroczystości. Bo...
Ten czas i tę porę sobie wybrali [bogowie], by zsunąć się ze swoich podniebnych leży, i podziwiać efekty pracy rocznej na ziemi i cieszyć się radością istot ich [woli] poddanych. Nasze święto jest dla nich świętem. Tego to dnia należne jest uśmiechnąć się do trudów życia, rozwiać wszelkie pozory i cienie. A po tym zostają jedynie błędne ogniki, snujące się w mroku odłamki, które podług legend dawać mogą niezwykłą moc, przez cykl trzech nocy i trzech ranków. [...]
Pamiętałam mowę Burunduka bardzo dokładnie, i głęboki, aksamitny głos, który bez trudu układał informacje w mojej głowie, podczas gdy ja wpatrywałam się w intensywnie niebieskie niebo nad doliną bez jednej chmurki. Później odprawialiśmy skromne, lecz dostojne rytuały, a przynajmniej obserwowałam je z ukrycia. Nikt nie mógł nam przeszkodzić, a teraz nie miałam już na to czasu. Już należało przygotowywać się do uroczystości, nasilać świąteczne nastroje, by być gotowym. W końcu to moja rola. Ponownie powoli uniosłam powieki, kiedy wiatr smagał mnie po policzkach, rozwiewając moją grzywę na boki. Pod sobą miałam średnio wysoką, trochę twardą trawę, mokrą od obfitej porannej rosy, przemieszaną z mnóstwem fioletowo-białych orlików zwieszających się ku ziemi niby dzwoneczki, nielicznymi, nieśmiało wschodzącymi szarotkami i gdzieniegdzie wyższymi kępami żubrówki. Na wprost rósł parawan jałowców o spłaszczonych gałązkach, gdzieniegdzie czarna porzeczka, a za nimi rozpoczynał się las. Potężne pnie rozciągały nad nim swoje liściaste korony lub rzadziej wystrzeliwały w górę smukłymi czubkami iglaków, zaś niżej toczył się bój młodszych drzew o dostęp do światła. Za sobą słyszałam pluskanie Eg i szum wierzb rosnących na jej brzegu. Ptaki ćwierkały między sobą, głośno się nawołując, jakiś szarak kicnął po drugiej stronie i przysiadł w swojej kryjówce. Obejrzałam się w prawo; intensywnie czerwona kula słońca uniosła się nieco wyżej nad horyzont, wysyłając coraz więcej oślepiających, a zarazem ciepłych promieni. Obudziłam się wyjątkowo wcześnie, przed wszystkimi. Może to z podekscytowania? Wiktor i Relikta spali smacznie obok, reszta stada również wypoczywała. Jednak postanowiłam wstać. Ostrożnie, aby nie narobić hałasu, podniosłam się ze swojego legowiska i wciągnęłam w nozdrza świeże powietrze. Żadne niebezpieczeństwo ani kłopot nie zmierzały w naszym kierunku, więc odetchnęłam i nieśpiesznym krokiem podeszłam do wody. Nurt marszczył ją, tworząc na powierzchni drobne fale. Zanurzyłam w niej pysk i napiłam się, po czym odwróciłam znowu w stronę klanu. Zatrzymałam wzrok na karym ogierze, naszym generale. Po chwili mimo wszystko zrezygnowałam z budzenia go. Nie chciałam mu przeszkadzać. Zaczęłam się paść, przeżuwając roślinność. Zjadłam jeszcze kilka jagód z krzewu, i na tym skończyło się moje śniadanie. Słońce przybrało złote, jasne barwy, piękne na tle jasno-niebieskiego nieba. Uśmiechnęłam się lekko do siebie i podeszłam do Edwarda. Wpatrywał się w jakiś odległy punkt z zaciętą miną.
- Cześć. - powiedziałam cicho. Obejrzał się na mnie.
- O, hej. - stanął naprzeciwko mnie. - Wcześnie się zerwałaś. - mrugnął ledwo widocznie.
- Tak... - przyznałam. - Co tam? - zadałam rutynowe pytanie. Na więcej nie potrafiłam się zdobyć. Nigdy nie wiem, co powiedzieć. Zwłaszcza przy nim.
- Nic szczególnego. Niedługo święto Fenesa? - zmienił temat na znacznie wygodniejszy dla mnie.
- Tak. Niby mamy jeszcze sporo czasu, ale szybko nam to zleci. Chciałabym dzisiaj przydzielić role. - wyjaśniłam.
- Dobry pomysł. Pomóc ci wszystkich obudzić? - zaproponował.
- Nie, dam sobie radę. - powiedziałam pewnie. Nie lubię, gdy ktoś się za mnie wyręcza. Bardziej niż kiedykolwiek poczułam się przywódczynią. Ruszyłam pewnym krokiem w stronę pierwszej osoby, która mi się nawinęła; Evil War. Niezadowolona i zaspana parsknęła, gdy trąciłam ją lekko kopytem. Za drugim razem uniosła nieco łeb, ale ponownie opadł. Straciłam trochę cierpliwość i powtórzyłam gest mocniej. Nagle klacz gwałtownie zerwała się, rżąc. Zrobiłam unik, jednak poczułam na szyi zadraśnięcie.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęłam, piorunując ją wzrokiem. Po chwili westchnęła i odparła cicho:
- Wybacz. - odwróciła się, powłócząc nogami. Pokręciłam powoli głową, zastanawiając się, co jej jest. Od wczoraj straciła czujność, i wyglądała na chorą. W środku. Miałam nadzieję, że to minie. Przy okazji ten incydent wszystkich wyrwał ze snu i zagonił do posiłku, więc jedna kwestia jest rozwiązana.
- Nic ci nie jest? - obok siebie zauważyłam generała, który z wyrzutem w oczach wodził wzrokiem za naszą zabójczynią.
- Nie. Od wczoraj jakoś dziwnie się zachowuje. - staliśmy bez ruchu w miejscu, obserwując klan. Niedługo rozległ się szmer pierwszych porannych rozmów. Uznałam, że to odpowiedni czas. Odszukałam najwyższe wzniesienie, jakie było w tej okolicy, i wdrapałam się na nie, dzięki czemu skupiłam na sobie uwagę członków. Edward był nieopodal, w cieniu.
- Słuchajcie. - powiedziałam łagodnym, uroczystym głosem. - Jak wiecie, zbliża się oto właściwy początek lata i dzień poświęcony naszemu bogowi, Fenesowi, czcigodnemu ognia i wojny. - rozległy się pojedyncze, rutynowe wiwaty. - A zarazem sprowadzą się tu oni wszyscy, by podziwiać efekty naszej rocznej pracy. - wykorzystałam kilka słów mentora i zrobiłam krótką przerwę na złapanie oddechu. - Więc pokażmy im, że jesteśmy tego godni! - aplauz. - Chcę przydzielić wam odpowiednie zadania. Będziecie odpowiedzialni za swoją część przygotowań. Zaczynamy. - całe szczęście, wcześniej poukładałam sobie wszystko w głowie. Ta, kilkanaście minut temu.
- Święto odbędzie się na okrągłym szpalerze. - wskazałam pyskiem kierunek. - Datę znają wszyscy. A więc, Relikta, Italia i Michelle zajmą się dekoracją i przygotowaniem pola. Opium, przygotujesz posiłek. Później uzyskasz dodatkowe informacje. Evil War, zadbasz o bezpieczeństwo. Wiktor i Kallen, przygotujecie różne zajęcia i zabawy. Edward, dopilnujesz święta od strony tradycji i technicznej. Ja będę nadzorować prace i określę plan dnia. Wszystko jasne? - niektórzy przytakiwali. - W takim razie jutro zaczynamy. - stado rozeszło się, by kontynuować codzienne, zwykłe czynności. Porozmawiałam jeszcze tylko z Opium na temat ziół i przysmaków, jakie należy zgromadzić. Muszę przyznać, że posiada sporą wiedzę na ten temat.
- Świetnie sobie radzisz. - powiedział kary ogier, kiedy niezauważony podszedł do mnie. Milczałam. Dzień mijał niepostrzeżenie, a dyskusje kręciły się tylko wokół uroczystości. Wreszcie wszystko zaczęło cichnąć. Czarny parawan bezksiężycowej nocy zasunął się nad nami. Uniosłam jeszcze łeb, kierując wzrok na niebo. Jedna, mała gwiazdka przedarła się przez strzępy wędrujących chmur. Poczułam w sobie dziwne ukłucie radości. Ogarnął mnie sen.
<CDN>
Ten czas i tę porę sobie wybrali [bogowie], by zsunąć się ze swoich podniebnych leży, i podziwiać efekty pracy rocznej na ziemi i cieszyć się radością istot ich [woli] poddanych. Nasze święto jest dla nich świętem. Tego to dnia należne jest uśmiechnąć się do trudów życia, rozwiać wszelkie pozory i cienie. A po tym zostają jedynie błędne ogniki, snujące się w mroku odłamki, które podług legend dawać mogą niezwykłą moc, przez cykl trzech nocy i trzech ranków. [...]
Pamiętałam mowę Burunduka bardzo dokładnie, i głęboki, aksamitny głos, który bez trudu układał informacje w mojej głowie, podczas gdy ja wpatrywałam się w intensywnie niebieskie niebo nad doliną bez jednej chmurki. Później odprawialiśmy skromne, lecz dostojne rytuały, a przynajmniej obserwowałam je z ukrycia. Nikt nie mógł nam przeszkodzić, a teraz nie miałam już na to czasu. Już należało przygotowywać się do uroczystości, nasilać świąteczne nastroje, by być gotowym. W końcu to moja rola. Ponownie powoli uniosłam powieki, kiedy wiatr smagał mnie po policzkach, rozwiewając moją grzywę na boki. Pod sobą miałam średnio wysoką, trochę twardą trawę, mokrą od obfitej porannej rosy, przemieszaną z mnóstwem fioletowo-białych orlików zwieszających się ku ziemi niby dzwoneczki, nielicznymi, nieśmiało wschodzącymi szarotkami i gdzieniegdzie wyższymi kępami żubrówki. Na wprost rósł parawan jałowców o spłaszczonych gałązkach, gdzieniegdzie czarna porzeczka, a za nimi rozpoczynał się las. Potężne pnie rozciągały nad nim swoje liściaste korony lub rzadziej wystrzeliwały w górę smukłymi czubkami iglaków, zaś niżej toczył się bój młodszych drzew o dostęp do światła. Za sobą słyszałam pluskanie Eg i szum wierzb rosnących na jej brzegu. Ptaki ćwierkały między sobą, głośno się nawołując, jakiś szarak kicnął po drugiej stronie i przysiadł w swojej kryjówce. Obejrzałam się w prawo; intensywnie czerwona kula słońca uniosła się nieco wyżej nad horyzont, wysyłając coraz więcej oślepiających, a zarazem ciepłych promieni. Obudziłam się wyjątkowo wcześnie, przed wszystkimi. Może to z podekscytowania? Wiktor i Relikta spali smacznie obok, reszta stada również wypoczywała. Jednak postanowiłam wstać. Ostrożnie, aby nie narobić hałasu, podniosłam się ze swojego legowiska i wciągnęłam w nozdrza świeże powietrze. Żadne niebezpieczeństwo ani kłopot nie zmierzały w naszym kierunku, więc odetchnęłam i nieśpiesznym krokiem podeszłam do wody. Nurt marszczył ją, tworząc na powierzchni drobne fale. Zanurzyłam w niej pysk i napiłam się, po czym odwróciłam znowu w stronę klanu. Zatrzymałam wzrok na karym ogierze, naszym generale. Po chwili mimo wszystko zrezygnowałam z budzenia go. Nie chciałam mu przeszkadzać. Zaczęłam się paść, przeżuwając roślinność. Zjadłam jeszcze kilka jagód z krzewu, i na tym skończyło się moje śniadanie. Słońce przybrało złote, jasne barwy, piękne na tle jasno-niebieskiego nieba. Uśmiechnęłam się lekko do siebie i podeszłam do Edwarda. Wpatrywał się w jakiś odległy punkt z zaciętą miną.
- Cześć. - powiedziałam cicho. Obejrzał się na mnie.
- O, hej. - stanął naprzeciwko mnie. - Wcześnie się zerwałaś. - mrugnął ledwo widocznie.
- Tak... - przyznałam. - Co tam? - zadałam rutynowe pytanie. Na więcej nie potrafiłam się zdobyć. Nigdy nie wiem, co powiedzieć. Zwłaszcza przy nim.
- Nic szczególnego. Niedługo święto Fenesa? - zmienił temat na znacznie wygodniejszy dla mnie.
- Tak. Niby mamy jeszcze sporo czasu, ale szybko nam to zleci. Chciałabym dzisiaj przydzielić role. - wyjaśniłam.
- Dobry pomysł. Pomóc ci wszystkich obudzić? - zaproponował.
- Nie, dam sobie radę. - powiedziałam pewnie. Nie lubię, gdy ktoś się za mnie wyręcza. Bardziej niż kiedykolwiek poczułam się przywódczynią. Ruszyłam pewnym krokiem w stronę pierwszej osoby, która mi się nawinęła; Evil War. Niezadowolona i zaspana parsknęła, gdy trąciłam ją lekko kopytem. Za drugim razem uniosła nieco łeb, ale ponownie opadł. Straciłam trochę cierpliwość i powtórzyłam gest mocniej. Nagle klacz gwałtownie zerwała się, rżąc. Zrobiłam unik, jednak poczułam na szyi zadraśnięcie.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęłam, piorunując ją wzrokiem. Po chwili westchnęła i odparła cicho:
- Wybacz. - odwróciła się, powłócząc nogami. Pokręciłam powoli głową, zastanawiając się, co jej jest. Od wczoraj straciła czujność, i wyglądała na chorą. W środku. Miałam nadzieję, że to minie. Przy okazji ten incydent wszystkich wyrwał ze snu i zagonił do posiłku, więc jedna kwestia jest rozwiązana.
- Nic ci nie jest? - obok siebie zauważyłam generała, który z wyrzutem w oczach wodził wzrokiem za naszą zabójczynią.
- Nie. Od wczoraj jakoś dziwnie się zachowuje. - staliśmy bez ruchu w miejscu, obserwując klan. Niedługo rozległ się szmer pierwszych porannych rozmów. Uznałam, że to odpowiedni czas. Odszukałam najwyższe wzniesienie, jakie było w tej okolicy, i wdrapałam się na nie, dzięki czemu skupiłam na sobie uwagę członków. Edward był nieopodal, w cieniu.
- Słuchajcie. - powiedziałam łagodnym, uroczystym głosem. - Jak wiecie, zbliża się oto właściwy początek lata i dzień poświęcony naszemu bogowi, Fenesowi, czcigodnemu ognia i wojny. - rozległy się pojedyncze, rutynowe wiwaty. - A zarazem sprowadzą się tu oni wszyscy, by podziwiać efekty naszej rocznej pracy. - wykorzystałam kilka słów mentora i zrobiłam krótką przerwę na złapanie oddechu. - Więc pokażmy im, że jesteśmy tego godni! - aplauz. - Chcę przydzielić wam odpowiednie zadania. Będziecie odpowiedzialni za swoją część przygotowań. Zaczynamy. - całe szczęście, wcześniej poukładałam sobie wszystko w głowie. Ta, kilkanaście minut temu.
- Święto odbędzie się na okrągłym szpalerze. - wskazałam pyskiem kierunek. - Datę znają wszyscy. A więc, Relikta, Italia i Michelle zajmą się dekoracją i przygotowaniem pola. Opium, przygotujesz posiłek. Później uzyskasz dodatkowe informacje. Evil War, zadbasz o bezpieczeństwo. Wiktor i Kallen, przygotujecie różne zajęcia i zabawy. Edward, dopilnujesz święta od strony tradycji i technicznej. Ja będę nadzorować prace i określę plan dnia. Wszystko jasne? - niektórzy przytakiwali. - W takim razie jutro zaczynamy. - stado rozeszło się, by kontynuować codzienne, zwykłe czynności. Porozmawiałam jeszcze tylko z Opium na temat ziół i przysmaków, jakie należy zgromadzić. Muszę przyznać, że posiada sporą wiedzę na ten temat.
- Świetnie sobie radzisz. - powiedział kary ogier, kiedy niezauważony podszedł do mnie. Milczałam. Dzień mijał niepostrzeżenie, a dyskusje kręciły się tylko wokół uroczystości. Wreszcie wszystko zaczęło cichnąć. Czarny parawan bezksiężycowej nocy zasunął się nad nami. Uniosłam jeszcze łeb, kierując wzrok na niebo. Jedna, mała gwiazdka przedarła się przez strzępy wędrujących chmur. Poczułam w sobie dziwne ukłucie radości. Ogarnął mnie sen.
<CDN>
9.05.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Błyszcząca smuga"
Dookoła siebie słyszałam tylko szum wzburzonej wody, której masy przetaczały się po naszych grzbietach i tworzyły fale obijające się o pysk. Wilgoć wciskała się wszędzie, od oczu osłanianych raz po raz powiekami, przez nozdrza gdzie nieprzyjemnie łaskotała, uszy, dzięki czemu dźwięki były znacznie tłumione i jakby odległe oraz przemoczoną sierść, po całe ciało po którym przechodziły gwałtowne dreszcze. W ten sposób broniło się przed wychłodzeniem, choć niezbyt skutecznie, a każdy, najmniejszy podmuch wiatru smagał mnie po policzkach jak bat. Łowiłam z tego jedynie łomot własnego serca i nasze szybkie, urywane oddechy. Niekiedy uderzały w nas ułamane gałęzie, płynące z nurtem od chwili, w której w niego wpadły. Brzeg wciąż wydawał się niemal tak samo odległy, jak drugi koniec świata Isere. Odczuwałam zmęczenie i chroniczny ból w mięśniach przy każdym ruchu, ale zawzięcie przebierałam rytmicznie nogami dalej. Kątem oka zauważyłam Edwarda. Grzywa ogiera ściśle przylegała do kruczych boków które falowały przy każdym wdechu. W oczach powoli gasł blask. Czułam się, jakby nagle na moją drogę padł cień, który pogłębiał się z każdym jego ruchem. Kaszlnęłam, prawie że zapadając się pod wodę. Jeszcze nie w tym momencie. - dodawałam sobie w myślach otuchy. W końcu nabrałam gwałtownie powietrza, i zarzucając głową ledwie wyrzuciłam przed siebie przednie nogi, po czym przeniosłam ciężar ciała do przodu, tym samym zanurzając się w zmąconej deszczem i falami tafli Eg. Krzyk wypowiadający moje imię legł w połowie zdania. Powoli opadałam na dno, obracając się trochę. Otoczona tą dziwną, miękką powłoką byłam tak lekka, że mogłabym w niej właściwie płynąć zawsze...Odgoniłam prędko te myśli i otworzyłam oczy. Poczułam nagłe ukłucie, ale nie zważając na to wypatrywałam ruchu gdzieś w górze, usilnie starając się nie wypuścić zgromadzonego tlenu. Mrugałam ciągle, ale mignęła mi czarna sylwetka, prawie że nurkująca w moją stronę. Ostatkiem sił odbiłam się od mułu i desperacko parłam do przodu. Uderzyłam sobą o przyjaciela, tym samym popychając go mocno w stronę skarpy. Na chwilę w zasięgu wzroku zamigotało mi czarne jak atrament niebo i szara woda z wyłaniającym się spod niej kopytem. Usłyszałam rżenie. Próbowałam jeszcze zapamiętale poruszyć kończynami by dopłynąć jakoś, lecz ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Westchnęłam, dając sobie chwilę na odpoczynek. Tylko tyle, stanowiło cząstkę śmierci. Nagle ktoś stanowczo chwycił mnie za grzywę i podciągnął, co w miarę boleśnie odczułam, w pierwszym odruchu próbując się wyszarpnąć. Ja nie chcę tam iść... - wbrew wszystkiemu zaprzeczyła jakaś puszczona luzem myśl. Edward podparł mnie i jakimś sposobem zaczęliśmy przybliżać się do brzegu. Pod kopytami poczułam piasek. Ogier z ulgą rozluźnił się nieco, pozwalając mi na trochę więcej indywidualnego wysiłku. Spróbowałam desperacko skoczyć do przodu by pokonać tę odległość, ale przez to prawie zaryłam nosem w piach. Idący obok mnie koń zaśmiał się cicho, jednak szybko znalazł się bliżej. Rzeka sięgała nam już poniżej kolan. Prąd przestał nas spychać uparcie w bok. Wreszcie stanęliśmy na suchym brzegu porośniętym niską trawą. Nogi się pode mną trzęsły i uginały jak z waty, a ciało drżało. Strugi wody lały się ze mnie jak z cebra. Oparłam swoją świadomość na tym jednym miejscu i kiedy postawiłam krok, spadła z tej półki.
- Calipso! - zawołał on, podbiegając do mnie wolno. Potrząsnęłam głową, strzepując ciecz i przywołując siebie do porządku. Odkaszlnęłam gwałtownie resztki rzeki zaległej mi w płucach i zdobyłam się na nikły uśmiech. Edward także wyglądał na skrajnie wyczerpanego. Opierając się o pobliską wierzbę i kurczowo trzymając na nogach, patrzył mi w oczy.
- N-nic ci nie jest? - spytałam, uspokajając oddech. Przez chwilę wyglądał, jakby go zamurowało, lecz spuścił głowę i odparł:
- Nie...A co z tobą? - dodał zaniepokojony.
- Jest dobrze. - odpowiedziałam. Sztywno wyciągnęłam przednią kończynę i w ruch za nią poszła tylna. Powoli odeszliśmy od Eg i zatrzymaliśmy się dalej. Położyłam się ciężko na trawie, i westchnęłam. Zapadła cisza. Ból już mi tak nie dokuczał. Zastygłam w bezruchu. Milczenie trwało długo. Noc ciągnęła się nieustępliwie, wtapiając w siebie zarys sylwetki czarnego ogiera. Właściwie przyjaciela, z czego mgliście zdawałam sobie sprawę. Było to nawet miłe. Wtem pierwszy odezwał się on:
- Przepraszam cię. To wszystko moja wina. - jego ton był ciężki jak z ołowiu. Wykonał gest znaczący, że nie chce, by ktoś mu przerywał. - Zawsze sprowadzam wyłącznie nieszczęście. Wplątałem cię w to i żałuję...Ze mną jest tylko pech, który na dodatek czepia się innych. - skończył, odwracając wzrok. Ze zdziwieniem patrzyłam na niego, analizując fakty. - Może lepiej odejdę. - szykował się już do powstania. Dlaczego...Nie!
- Zaczekaj! - krzyknęłam. Koń poruszył się niespokojnie.
- To nie tak...Sama tego chciałam. Jesteś częścią stada. A pech, to tylko sprytny włamywacz, próbuje skraść nam wolę.
- Ale przeze mnie prawie zginęliśmy... - próbował oponować.
- Nie. Szczęście zawsze jest gdzieś blisko. Wystarczy je dostrzec...cieszyć się z każdego drobnego szczegółu. To one składają się na radość życia. Musimy to kiedyś powtórzyć. - zaśmiałam się. Ponownie usiadł i uśmiechnął się, a ja odetchnęłam z ulgą. Odwróciłam łeb do tyłu, i nagle przez ułamek sekundy dostrzegłam błyszczącą smugę. Przesunęła się migiem po trawie i znikła tak szybko, jak się pojawiła. Zdziwiona zamrugałam i wpatrzyłam się w tamto miejsce. Muszę być ciągle wyjątkowa? - uderzyło mnie to.
- Coś nie tak? - odezwał się Edward.
- Nie, coś mi się przywidziało. - stwierdziłam cicho i ułożyłam głowę na nogach. Chłód przeszywał mnie na wskroś, ale nic już nie mogło mnie zmusić do wstania. Spojrzałam w niebo i zatrzymałam tam wzrok. Zaparło mi dech. Na ciemnym, granatowym firmamencie sprawiającym wrażenie kopuły otaczającej świat rozsypane były przeróżne, małe i duże, białe, niebieskawe, żółtawe i czerwone punkty gwiazd, jakby ktoś posypał je brokatem; Pośrodku ciągnął się podłużny, mleczny, mglisty pas, otoczony gęstą koronką świateł. Grzbiet Astravy, Mleczna Droga.
- Piękne. - szepnęłam z zachwytem, nie mogąc oderwać oczu.
- Wspaniałe. - dodał ogier. Przymknęłam powieki, czekając na błogi sen. Obok siebie zobaczyłam jeszcze tylko czarną, ciepłą plamę, nim ogarnął mnie do reszty.
<Edward? :3>
- Calipso! - zawołał on, podbiegając do mnie wolno. Potrząsnęłam głową, strzepując ciecz i przywołując siebie do porządku. Odkaszlnęłam gwałtownie resztki rzeki zaległej mi w płucach i zdobyłam się na nikły uśmiech. Edward także wyglądał na skrajnie wyczerpanego. Opierając się o pobliską wierzbę i kurczowo trzymając na nogach, patrzył mi w oczy.
- N-nic ci nie jest? - spytałam, uspokajając oddech. Przez chwilę wyglądał, jakby go zamurowało, lecz spuścił głowę i odparł:
- Nie...A co z tobą? - dodał zaniepokojony.
- Jest dobrze. - odpowiedziałam. Sztywno wyciągnęłam przednią kończynę i w ruch za nią poszła tylna. Powoli odeszliśmy od Eg i zatrzymaliśmy się dalej. Położyłam się ciężko na trawie, i westchnęłam. Zapadła cisza. Ból już mi tak nie dokuczał. Zastygłam w bezruchu. Milczenie trwało długo. Noc ciągnęła się nieustępliwie, wtapiając w siebie zarys sylwetki czarnego ogiera. Właściwie przyjaciela, z czego mgliście zdawałam sobie sprawę. Było to nawet miłe. Wtem pierwszy odezwał się on:
- Przepraszam cię. To wszystko moja wina. - jego ton był ciężki jak z ołowiu. Wykonał gest znaczący, że nie chce, by ktoś mu przerywał. - Zawsze sprowadzam wyłącznie nieszczęście. Wplątałem cię w to i żałuję...Ze mną jest tylko pech, który na dodatek czepia się innych. - skończył, odwracając wzrok. Ze zdziwieniem patrzyłam na niego, analizując fakty. - Może lepiej odejdę. - szykował się już do powstania. Dlaczego...Nie!
- Zaczekaj! - krzyknęłam. Koń poruszył się niespokojnie.
- To nie tak...Sama tego chciałam. Jesteś częścią stada. A pech, to tylko sprytny włamywacz, próbuje skraść nam wolę.
- Ale przeze mnie prawie zginęliśmy... - próbował oponować.
- Nie. Szczęście zawsze jest gdzieś blisko. Wystarczy je dostrzec...cieszyć się z każdego drobnego szczegółu. To one składają się na radość życia. Musimy to kiedyś powtórzyć. - zaśmiałam się. Ponownie usiadł i uśmiechnął się, a ja odetchnęłam z ulgą. Odwróciłam łeb do tyłu, i nagle przez ułamek sekundy dostrzegłam błyszczącą smugę. Przesunęła się migiem po trawie i znikła tak szybko, jak się pojawiła. Zdziwiona zamrugałam i wpatrzyłam się w tamto miejsce. Muszę być ciągle wyjątkowa? - uderzyło mnie to.
- Coś nie tak? - odezwał się Edward.
- Nie, coś mi się przywidziało. - stwierdziłam cicho i ułożyłam głowę na nogach. Chłód przeszywał mnie na wskroś, ale nic już nie mogło mnie zmusić do wstania. Spojrzałam w niebo i zatrzymałam tam wzrok. Zaparło mi dech. Na ciemnym, granatowym firmamencie sprawiającym wrażenie kopuły otaczającej świat rozsypane były przeróżne, małe i duże, białe, niebieskawe, żółtawe i czerwone punkty gwiazd, jakby ktoś posypał je brokatem; Pośrodku ciągnął się podłużny, mleczny, mglisty pas, otoczony gęstą koronką świateł. Grzbiet Astravy, Mleczna Droga.
- Piękne. - szepnęłam z zachwytem, nie mogąc oderwać oczu.
- Wspaniałe. - dodał ogier. Przymknęłam powieki, czekając na błogi sen. Obok siebie zobaczyłam jeszcze tylko czarną, ciepłą plamę, nim ogarnął mnie do reszty.
<Edward? :3>
30.04.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Usidleni z prądem"
Stukot podeszwy ocierającej się o nierówną powierzchnię kamieni pokrytych warstewką wody ustał. Cztery ślady moich kopyt odcisnęły się na mokrym piasku. Znaleźliśmy się na niewielkich rozmiarów wysepce; w jej centrum znajdowało się skupienie młodych drzew, głównie wierzb otaczających się parasolowatą koroną długich gałęzi powiewających na wietrze, rozłożystych modrzewi i strzelistych, dumnych sosen, krzaków jałowca, kilku powalonych, omszonych pni w których tętniło mikroskopijne życie oraz długiej trawy przeplatanej szarotkami i orlikiem. Roślinność przerzedzała się promieniście, a fale ziarenek plaży z obrzeży atakowały je by obrócić w proch. Deszcz wymywał drobinki gleby które spływały do rzeki, zaś ona przybierała na sile. Ale ciekawość zdecydowanie wzięła górę nad zwykłym rozsądkiem czy obawą które w tej chwili wydawały się pozbawione sensu. Ruszyłam do przodu w kompletnej ciszy. Za sobą słyszałam tylko oddech ogiera, co dodawało mi jakoś otuchy. Podniosłam łeb do góry, obserwując czubki iglaków których najeżone kolcami gałęzie muskały moje boki. Niektóre opadłe gałązki skrzypiały pod naszym ciężarem złowrogo. Chociaż pod osłoną tego ,,zagajnika" mogliśmy mniej zmoknąć, to ulewa nadal szumiała, raz przybierając na sile, raz słabnąc, a drzewa uginały się pod ciężarem kropli. Dla porównania było prawie bezwietrznie. Edward obserwował otoczenie. Gdy penetrowałam zarośla ze schylonym pyskiem szukając tego, co przed chwilą wywołało błysk, rozległ się głośny huk przypominający nadchodzącą lawinę. Oboje odskoczyliśmy do tyłu, rżąc. Kiedy się uspokoiliśmy niespiesznie podeszliśmy w kierunku źródła dźwięku. Wysokie fale sprawiły, że grobla w końcu ustąpiła, i głazy stoczyły się w toń wodną pozostawiając jedynie cienki, nieuszkodzony pas. Mój towarzysz ruszył z pewnością siebie do przodu zamierzając postawić krok...
- Stój! - krzyknęłam, odciągając go niemalże siłą od rzeki. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem, machając ogonem. Po sierści ściekały mi strugi deszczu do warg.
- Po tym nie da się przejść, a woda jest za głęboka. - wyjaśniłam powoli. I pewnie nie wyschnie jeszcze ze 2 dni. - dodałam w myślach.
- Cóż...poczekamy. - powiedział z nutą rezygnacji w głosie koń, po czym zawrócił w głąb wyspy. - Wolisz się tutaj utopić w ulewie czy idziesz? - zaśmiał się. Uśmiechnęłam się nieznacznie i poszłam za nim. Ułożyliśmy się w miarę suchym miejscu osłoniętym z pomocą kilku koron wiązów. W poprzednio przeszukiwanym przeze mnie miejscu znalazłam mały sztylet, nieco stępiony i pokryty u dołu rdzą, z posrebrzaną rękojeścią, przy niezidentyfikowanej, zakrzywionej kości. Teraz obracałam go między kopytami, czasem w zamyśleniu podnosząc wzrok na leżącego naprzeciw mnie ogiera. W pewnym momencie również napotkałam jego spojrzenie. Momentalnie zajęliśmy się własnymi sprawami. Czy oni sobie bez nas poradzą? - myślałam zaniepokojona. Formowały mi się przeróżne scenariusze. Domysły są zawsze gorsze od rzeczywistości. - pocieszałam się w duchu. Przedłużające się milczenie męczyło ciągle.
<Edward Malligins? Czas na twoją odsłonęXD>
- Stój! - krzyknęłam, odciągając go niemalże siłą od rzeki. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem, machając ogonem. Po sierści ściekały mi strugi deszczu do warg.
- Po tym nie da się przejść, a woda jest za głęboka. - wyjaśniłam powoli. I pewnie nie wyschnie jeszcze ze 2 dni. - dodałam w myślach.
- Cóż...poczekamy. - powiedział z nutą rezygnacji w głosie koń, po czym zawrócił w głąb wyspy. - Wolisz się tutaj utopić w ulewie czy idziesz? - zaśmiał się. Uśmiechnęłam się nieznacznie i poszłam za nim. Ułożyliśmy się w miarę suchym miejscu osłoniętym z pomocą kilku koron wiązów. W poprzednio przeszukiwanym przeze mnie miejscu znalazłam mały sztylet, nieco stępiony i pokryty u dołu rdzą, z posrebrzaną rękojeścią, przy niezidentyfikowanej, zakrzywionej kości. Teraz obracałam go między kopytami, czasem w zamyśleniu podnosząc wzrok na leżącego naprzeciw mnie ogiera. W pewnym momencie również napotkałam jego spojrzenie. Momentalnie zajęliśmy się własnymi sprawami. Czy oni sobie bez nas poradzą? - myślałam zaniepokojona. Formowały mi się przeróżne scenariusze. Domysły są zawsze gorsze od rzeczywistości. - pocieszałam się w duchu. Przedłużające się milczenie męczyło ciągle.
<Edward Malligins? Czas na twoją odsłonęXD>
29.04.2017
Od Calipso do Shiry Belli (F) - ,,Wroga postawa"
Szłam przed siebie nieco na tyłach klanu obserwując pobliskich członków. Edward zaoferował się, że przez chwilę czasu będzie prowadził. Byłam mu za to wdzięczna. Jednak w pewnym momencie ktoś z tyłu zderzył się ze mną. Odwróciłam się powoli, ale natychmiast cofnęłam się do tyłu widząc obcą fryzyjkę o niechętnym spojrzeniu. Członkowie klanu również ujrzeli sytuację i uważnie obserwowali obcą. Po bliższych oględzinach dostrzegłam sprytnie schowany przez nią nóż. Szpieg? Zabójca?! - myśli pogalopowały do przodu niezależnie ode mnie. Prychnęłam i gwałtownie wyrwałam do przodu. Zaskoczona klacz wysunęła broń, lecz przy okazji zrobiła parę kroków w tył. Stado wykorzystało to i otoczyło intruza. Jedynie Opium została by chronić w razie czego Kallena. Usidlona przybyszka przejechała po wszystkich wrogim spojrzeniem i zatrzymała je na mnie.
- Co to ma znaczyć!? - wrzasnęła, machając mi sztyletem przed nosem. Westchnęłam i z pewnością siebie powiedziałam:
- No właśnie. - podkreśliłam te słowa. - Co ma znaczyć podkradanie się z nożem gotowym do działania? - zmroziłam ją wzrokiem. Po namyśle obca nagłym ruchem schowała broń i odparła pretensjonalnym tonem:
- Kim wy niby jesteście? - wymieniłam spojrzenia z generałem i najemnikiem w jednym.
- Klan Ognistej Grzywy.
<Shira Belle? Starałam się uwzględnić charakter>
- Co to ma znaczyć!? - wrzasnęła, machając mi sztyletem przed nosem. Westchnęłam i z pewnością siebie powiedziałam:
- No właśnie. - podkreśliłam te słowa. - Co ma znaczyć podkradanie się z nożem gotowym do działania? - zmroziłam ją wzrokiem. Po namyśle obca nagłym ruchem schowała broń i odparła pretensjonalnym tonem:
- Kim wy niby jesteście? - wymieniłam spojrzenia z generałem i najemnikiem w jednym.
- Klan Ognistej Grzywy.
<Shira Belle? Starałam się uwzględnić charakter>
24.04.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Wyścig burunduków"
Uśmiechnęłam się lekko, ocierając ganaszem o wyciągniętą przednią nogę. Przez kosmyki grzywy widziałam cień drzewa chroniący nas przed promieniującą tarczą słońca, bezkresne przestrzenie Mongolii, ograniczone jedynie ścianą lasu od prawej strony. Przymknęłam oczy, i nagle przewinęły mi się przed nimi niewyraźne obrazy, błyski światła, tętent galopu, bicie serca, serc. Wizja. Otworzyłam je gwałtownie, zarzucając głową i potrząsając, w odruchu wyrzucenia tych obrazów z pamięci. Edward spojrzał na mnie zaniepokojony, na wszelki wypadek gotowy wstać, i spytał:
- Calipso? Wszystko w porządku? - zwolniłam nieco i westchnęłam, podnosząc wzrok, i zatrzymałam się na linii oczu ogiera. W głębi duszy byłam tym trochę zdziwiona. Czy to nie przywódca powinien się troszczyć o członków? - pomyślałam.
- Tak. Wszystko dobrze. - zmusiłam się do obojętnej miny i ponownie położyłam się w poprzedniej pozycji, odpoczywając. Mój towarzysz również oddał się lenistwu, skubiąc od czasu do czasu trochę trawy. Wtem usłyszałam jakieś szuranie i piski gdzieś na górze. Zastrzygłam uchem i zadarłam łeb do góry. Po pniu drzewa, czepiając się pazurkami występów kory, schodziły prędko dwa, małe burunduki, ciągle wydając jakieś odgłosy. Nim się zorientowałam, obydwa skoczyły na mój grzbiet. Zarżałam wykonując niespodziewany ruch, bowiem ich berek wywołał łaskotki. Ssaki zsunęły się i pognały przerażone między źdźbłami w siną dal. Prychnęłam cicho, przewracając oczami.
- Chyba się ciebie te różne stworzonka trzymają. - zauważył Edward, śmiejąc się.
- A ciebie rośliny. - odgryzłam się, wyjmując jedną z nich zaplątaną w grzywę konia. Wróciliśmy w pobliże stada. Do późnego popołudnia wszystko było w porządku, ale później zaczęła mnie boleć głowa. Zastanawiałam się, czy to może mieć coś wspólnego z wizją, lecz myślenie tylko potęgowało dolegliwość. Stałam niedaleko, na szczęście hałas klanu tu nie docierał.
<Edward Malligins? Ja kiedykolwiek pisałam tu z nazwiskiem?XD>
- Calipso? Wszystko w porządku? - zwolniłam nieco i westchnęłam, podnosząc wzrok, i zatrzymałam się na linii oczu ogiera. W głębi duszy byłam tym trochę zdziwiona. Czy to nie przywódca powinien się troszczyć o członków? - pomyślałam.
- Tak. Wszystko dobrze. - zmusiłam się do obojętnej miny i ponownie położyłam się w poprzedniej pozycji, odpoczywając. Mój towarzysz również oddał się lenistwu, skubiąc od czasu do czasu trochę trawy. Wtem usłyszałam jakieś szuranie i piski gdzieś na górze. Zastrzygłam uchem i zadarłam łeb do góry. Po pniu drzewa, czepiając się pazurkami występów kory, schodziły prędko dwa, małe burunduki, ciągle wydając jakieś odgłosy. Nim się zorientowałam, obydwa skoczyły na mój grzbiet. Zarżałam wykonując niespodziewany ruch, bowiem ich berek wywołał łaskotki. Ssaki zsunęły się i pognały przerażone między źdźbłami w siną dal. Prychnęłam cicho, przewracając oczami.
- Chyba się ciebie te różne stworzonka trzymają. - zauważył Edward, śmiejąc się.
- A ciebie rośliny. - odgryzłam się, wyjmując jedną z nich zaplątaną w grzywę konia. Wróciliśmy w pobliże stada. Do późnego popołudnia wszystko było w porządku, ale później zaczęła mnie boleć głowa. Zastanawiałam się, czy to może mieć coś wspólnego z wizją, lecz myślenie tylko potęgowało dolegliwość. Stałam niedaleko, na szczęście hałas klanu tu nie docierał.
<Edward Malligins? Ja kiedykolwiek pisałam tu z nazwiskiem?XD>
20.04.2017
Od Calipso do Edwarda Malligins'a (F) - ,,Wahania"
Stałam wciąż, odprowadzając wzrokiem tabun koni oddalający się w przeciwną stronę. Wkrótce na jego miejscu została czarna kreska horyzontu, dzieląca błękitny firmament nieba i płaskie przestrzenie stepu porośnięte wysoką trawą. Uzyskałam pewność, że nowi sojusznicy zawrócili z naszych terenów, a tym samym dotrzymali słowa. Całe szczęście, że wszystko zakończyło się pokojowo. Przynajmniej na razie nie musimy się obawiać ataku ze strony Klanu Mroźnej Duszy. Odetchnęłam z ulgą, po czym zarządziłam postój niedaleko od obszaru naszego spotkania. Na dodatek nowa religia, też mi coś! Położyłam się w cieniu jednego z pobliskich drzew, o rozłożystej, choć nisko położonej koronie. Listki tej rośliny były okrągłe, ostro zakończone na czubku. Między nimi rozkwitały drobne, białe kwiaty z jasno-żółtymi, cienkimi paskami na płatkach. Klan pasł się niedaleko, ale ja nie miała na to ochoty. Relikta rozmawiała o czymś z Wiktorem. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w odgłosy natury. Można zobaczyć to, czego nie widać. - pomyślałam. Wtem usłyszałam tuż obok siebie głuche klapnięcie; uniosłam nagle powieki, drgając, lecz po chwili spojrzałam na kary pysk Edwarda.
- Przestraszyłem cię? - rzekł z uśmiechem.
- Nie. - odparłam spokojnie. Poczułam się zmęczona po całym tym dniu. Oparłam głowę na nogach, machając ogonem by odgonić natrętne muchy. Postanowiłam zapytać ogiera o jedną rzecz, aby mieć pewność, że i stado na tym skorzystało. I dla przerwania milczenia. Jest on też generałem i najemnikiem, moim znajomym.
- Myślisz, że to była dobra decyzja?
<Edward Malligins? Masz już:)>
- Przestraszyłem cię? - rzekł z uśmiechem.
- Nie. - odparłam spokojnie. Poczułam się zmęczona po całym tym dniu. Oparłam głowę na nogach, machając ogonem by odgonić natrętne muchy. Postanowiłam zapytać ogiera o jedną rzecz, aby mieć pewność, że i stado na tym skorzystało. I dla przerwania milczenia. Jest on też generałem i najemnikiem, moim znajomym.
- Myślisz, że to była dobra decyzja?
<Edward Malligins? Masz już:)>
Subskrybuj:
Posty (Atom)